fbpx
Myśli zebrane

Co powiedziałabym młodszej sobie?

6 stycznia 2021

Mówią, że wiek to tylko liczba. I mamy tyle, na ile się czujemy. Co z tego, że w środku czujemy się wciąż tacy sami? Co prawda mamy więcej doświadczeń i podobno rozumu, ale heloł to wciąż my. A jednak ciało się zmienia. Ciało, na które patrzysz codziennie, codziennie jest już inne. Trochę starsze. Gdzieś wyczytałam, że nasze ciała są zaprogramowane tak mniej więcej do 40-tki. Wszystko co ponad to to styl życia, medycyna i czasy, w jakich żyjemy. Zatem lecę na zapasie.

Wiek jest taki abstrakcyjny. Przecież nie potrafimy sobie wyobrazić jak się będziemy czuli za lat 5 czy 10. Możemy sobie wyimaginować, gdzie chcielibyśmy być. W jakim miejscu życia. Ale za cholerę nie możemy wiedzieć, jak się będziemy czuć. Pamiętam, gdy byłam w liceum i rozmawiałyśmy o siostrze mojej przyjaciółki, która była na studiach. W naszym wyobrażeniu była już stara. Bo i perspektywę miałyśmy inną. Wtedy mówiłam, że jak skończę 40-tkę to się zabiję. A więc to dziś?:)

Ostatnie 10 lat dzielą lata świetlne. Miliony doświadczeń, zmian, setki historii i zdarzeń. Czasem gdy patrzę na nie z boku myślę o tym, jakbym przeżyła 10 żyć. Inne osoby. Inne miasta. Inne oczy. Inne dłonie. Inna ja.

Co bym powiedziała sobie 10 lat młodszej?

Że warto mieć w życiu cele i jedynym celem nie powinna być miłość do kogoś. To mnie zgubiło. Zapętliło. W tym odwiecznym poszukiwaniu zapomniałam o sobie. Skupiona tylko na nich biegłam na oślep zamiast zastanowić się po co. I dokąd tak gnam. Teraz wolę popatrzeć na siebie. 10 lat musiałam przechodzić w cudzych butach, żeby ubrać wygodne własne. Kiedyś chciałam się stworzyć przez związek. Mężczyźni mieli nadać wartość zarówno mnie, jak i mojemu życiu. Dopiero niedawno doszłam do tego, że największą wartością w moim życiu jestem ja sama.

Że nie muszę spełniać już niczyich oczekiwań. Być taka, jak ktoś sobie wyobraża, że powinnam być. Robić to, na co ktoś ma ochotę a ja niekoniecznie. Zachowywać się tak, jakby chciał, żebym się zachowywała. Moje pasmo porażek a raczej lekcjo-porażek wynikało z pragnienia dopasowania się do cudzej wizji mnie. Już wystarczy.

Że nie warto mieć ciągle bitch face, bo to się serio nie opłaca. Dziś gdy już wiemy, że kremy i filtry robią tylko kawałek roboty i ważna jest mimika twarzy, posiadanie wiecznie naburmuszonej miny może i 20 lat temu było sexy, teraz powoduje, że wygląda się po prostu na wiecznie wkurwioną. Dobrze, że jest joga twarzy!

Że wchodzenie w układy trójkowe może i świetnie sprawdza się w łóżku, w życiu już niekoniecznie. Kilka lat temu wydawało mi się, że to taki wyraz wyemancypowania! Posiadanie cudzego męża było super, bo można mieć same fajne rzeczy, bez tych złych. Dziś już nie chcę być statystą w cudzym życiu. Wiem, że zasługuję na to, by być pierwszą, najważniejszą i najlepszą. Nie seksualnym pogotowiem, nie zastępczym porozumieniem dusz i nie kimś na kiedyś. Jak się namyśli, jak warunki będą sprzyjające, kredyt spłacony. Nie warto czekać, bo życie jest teraz a nie potem. I składanie swojego na ołtarzu chcę, nie chcę, boje się, nie mogę jest co najmniej grubym nietaktem w stosunku do mnie samej.

Że warto ćwiczyć i się ruszać, bo to same endorfiny. Ruch pozwala wyjść z tego odwiecznego myślenia, analizowania, udręczenia. Skupianie się na wysiłku daje mózgowi wytchnienie, a nam perspektywę. I ładne mięśnie.

Że ludzie są przereklamowani. To brutalne, ale tak dziś tak mam. Uczono mnie, że wszyscy są wspaniali, świat dobry i że każdemu można i trzeba wierzyć. I tak sobie szłam przez życie niczego nieświadoma, aż dostałam raz w twarz, dwa razy, a potem kolejne i kolejne. Cudzym cwaniactwem, gdy dawno temu straciłam firmę, na którą zapierdalałam codziennie do drugiej w nocy, bo jakiś palant postanowił mnie wydymać bez mydła. Gdy dawałam ludziom prace, a oni potem tak pode mną ryli i opowiadali takie kłamstwa, że wyleciałam na zbity pysk a oni awansowali na moje miejsce. Gdy ufałam, że ktoś ma wobec mnie dobre zamiary, a on mnie oszukiwał albo wykorzystywał. Takich historii mam dziesiątki. Dlatego dziś obok mnie mam garstkę ludzi, których mogę policzyć na palcach jednej ręki. Kiedyś myślałam, że jestem ekstrawertyczna. Dziś zastanawiam się, czy ta potrzeba lgnięcia do ludzi nie brała się z tego, że w swoich własnych oczach byłam fajna jak było ich dużo. Teraz nie ilość się liczy, a jakość.

Że już wiem, że nie jestem nieśmiertelna. To jest niesamowite, ale serio im więcej życia mamy przed sobą, tym mniej w głowie myśli o tym, że możemy umrzeć albo zachorować. To jest takie abstrakcyjne i odległe. Teraz liczy się dla mnie to, żeby nie tylko dbać o swoją głowę, ale i swoje ciało. Dobrze jeść. Ruszać się. Robić badania. To zadziwiające, jak wiele ludzi odbiera sobie sprawczość zrzucając wszystko na karb przypadku. Będzie co ma być mówią. No tak, bezapelacyjnie tak będzie. Ale możemy się do czegoś przyczynić bardziej lub mniej. Mam ciotkę, która za miesiąc kończy 100 lat! Im dłużej na nią patrzę i rozkminiam jej długowieczność, tym bardziej dochodzę do wniosku, że oprócz dobrych genów warto mieć jeszcze dobry humor i podejście do życia. A tego jej nigdy nie brakowało. Nawet jak po 80-tce spadła ze schodów i złamała biodro. A po 90-tce miała ciężkie zapalenie płuc. Teraz planuje uroczystą fetę, którą z wiadomych względów chce przenieść na lato. Urzeka mnie jej optymizm, ona w ogóle nie bierze pod uwagę tego, że może nie dożyć. Gdy patrzę na większość starych ludzi widzę, że są zgorzkniali. Coś poszło nie tak, jak chcieli. I się w tym umacniają. Karmią tym smutkiem i byciem wrednym. Nie chcę taka być.

Że trzeba w sobie pielęgnować wewnętrze dziecko, ale uciszać wewnętrznego bachora. Że panowanie nad emocjami nie jest wynikiem bycia oziębłym czy z kamienia, tylko wypadkową bycia dorosłym. Że nie wystarczy mówić tego pieprzonego jestem jaki jestem. Że nie mamy wpływu na to, czy jutro będzie padać, ale na swoje zachowanie już tak. I możemy się zmieniać i rozwijać do samego końca.

Że ludzie odchodzą. Przyjaciele, znajomi, bliscy. Nasze życie to suma odejść i powrotów, poznań i rozstań, nieustanna rotacja myśli, doświadczeń, historii, które przez ułamek sekundy są wspólne. Gdzie przez moment idziemy z kimś pod rękę, bo akurat podążamy w tym samym kierunku. Czasem się ścigamy. Czasem jedno zostaje w tyle i wypada poczekać. Czasem mieliśmy sobie tylko coś dać i coś zabrać. Tylko po to, by na końcu każdej drogi iść samemu.

To prawda, że z wiekiem ma się coraz więcej rzeczy w dupie. Można iść do sklepu bez makijażu i się nie umiera. I serio to nikogo nie interesuje i nikt na nas nie patrzy! Można wyjść w piżamie. Można płakać na ulicy. Można przestać myśleć, że kogokolwiek interesuje nasze życie. Bo ludzie mają swoje własne i swoje własne problemy. Ale to ważne, żeby mieć z wiekiem siebie w tych czterech literach coraz mniej. Akceptować to, co trzeba. I zmieniać, to co trzeba. I przytulać się do siebie. I wyrozumiałym być. I tak po prostu po ludzku siebie polubiać. I heja do setki jak ciotunia!

Przeczytaj również