fbpx
Ona & On

A może teraz będzie już inaczej?

29 listopada 2020

Czy po 5 latach można tęsknić za kimś, kto Cię ranił i bywał okropny? Czy to możliwe, że nasz mózg tak bardzo potrafi gloryfikować dobre chwile, że mimo tych złych dalej wrzuca nam przed oczy najlepsze obrazy? Od naszego ostatniego rozstania minęło sporo czasu, a jednak są dni kiedy usycham z tęsknoty. Do końca sama nie wiem nawet za czym. Istotne jest tylko to, że tęsknię i w tym jednym momencie oddałabym rok życia za jedną godzinę z nim.

Zachowania mózgu są fascynujące do tego stopnia, że on najczęściej przypomina mi się w sytuacjach, kiedy czuję się ze sobą źle. Jest mi smutno i totalnie do dupy, więc masochistycznie wprowadzam się dodatkowo w stan tęsknoty. Co ciekawe myślę sobie, że tak bardzo zapamiętałam ten stan, kiedy czułam się źle i gnojona w tej relacji, że w sytuacji gdy czuje się kiepsko automatycznie za nim tęsknię. Ale co ciekawe to działa też w drugą stronę. Bo gdy jest zajebiście, wszystko się układa i generalnie moje życie jest chwilowym pasmem sukcesów moja głowa mówi sprawdzam…I wrzuca mi go w snach. Tylko jego. Żaden inny partner nigdy mi się nie śni. Śni on w różnych sytuacjach. Rano budzę się nie do życia. Wtedy wszystko jest odwrotnie. Emocje podpowiadają mi, że to miłość mojego życia. Rozum tłumaczy, że to niemożliwe. Przecież życie wciąż trwa, więc nie mogę tego wiedzieć.

Zaczęłam się zastanawiać skąd to się bierze. Zapytałam też obserwatorów na Instagramie, dlaczego tęsknią za toksykami. Poniżej wrzucam garść moich przemyśleń plus odpowiedzi, które powtarzały się najczęściej.

Syndrom sztokholmski

Pierwszy na myśl przychodzi mi syndrom sztokholmski, który najczęściej kojarzy nam się z sytuacją zniewolenia. Kiedy to ofiara odczuwa sympatię do sprawcy, solidaryzuje się z nim i mu pomaga. Syndrom ten nie dotyczy jednak tylko sytuacji związanych z utratą wolności, psychologowie wskazują, że odnosi się również do osób żyjących w toksycznych relacjach, nie tylko miłosnych, ale też przyjacielskich czy zawodowych. W toksycznych zależnościach będąc wykorzystywanym czy poniżanym bardzo często umniejszamy swoje krzywdy, usprawiedliwiając z kolei drugą stronę. Stajemy w obronie naszego oprawcy, ale też i on bardzo często daje nam odczuć, że bez niego jesteśmy niczym. Izoluje nas od rodziny czy najbliższych, pokazując, że jedyne dobre co nas czeka to z nim. A cała reszta świata jest zła i niebezpieczna. Ileż to ja razy potrafiłam usprawiedliwić jego każde zachowanie. Bo trudne dzieciństwo, bo żona odeszła, bo coś nie poszło. Wszystko co zrobił potrafiłam sobie wytłumaczyć. Co ciekawe, jak dziś o tym wspominam, to rzadko kiedy byłam w tym wszystkim ja. Nie zastanawiałam się nad tym, co czuję z powodu jego zachowania. Zastanawiałam się jedynie na tym, co on mógł czuć traktując mnie tak a nie inaczej. I wszystko umiałam uzasadnić.

Syndrom kary i nagrody

W toksycznych relacjach nieustannie jedziemy kolejką górską. Raz pędzimy w dół i boimy się, że teraz roztrzaskamy się już ostatecznie. Innym razem pełni nadziei pędzimy w górę przepełnieni szczęściem, jak jest cudownie. I chwilowo zapominając, że za każdą górką będzie przecież znowu dół. Jednym słowem czasem słońce czasem deszcz. Czasem jest fajnie, a czasem bardzo nie. Sama pisałam, że gdy się kochaliśmy nikt mnie tak nie kochał i nikogo tak nie kochałam. Gdy się nienawidziliśmy nikt mnie tak nie nienawidził i nikogo tak nie nienawidziłam. Tak naprawdę nie wiemy, kiedy zdarzą się znowu miłe chwile. I to powoduje, że czekamy i godzimy się na wszystko, co pomiędzy. To nic, że ktoś wielokrotnie był w stosunku do nas okropny. No ale przypominamy sobie, że przecież raz czy dwa był dla nas dobry. No to skoro był, to znaczy że potrafi nie? No to może znowu nam się to przydarzy? I tak czekamy na kolejną nagrodę, przymykając oko na kary. A im dalej w las, tym nagród mniej i mniej i mniej…

Uzależnienie od emocji

W toksycznych związkach przeżywamy emocje, które utożsamiamy z miłością. Do tego dochodzą reakcje czysto biologiczne – gdy jest dobrze wytwarza nam się dopamina, gdy jest kiepsko pojawia się adrenalina. Nasz mózg przyzwyczaja się do intensywnego przeżywania określonych sytuacji i wyrzutu tych organicznych związków chemicznych. Więc w sytuacji, gdy nam ich brakuje zostajemy bez możliwości stymulacji. I tęsknimy za emocjami. Dlatego im więcej będziemy sobie potrafili je dostarczyć w inny sposób po rozstaniu, angażując się w sport np. tym większa szansa, że z uzależnienia będziemy wychodzić łagodniej.

Motylki w brzuchu i wyjątkowość

Rozmawiałam ostatnio z moją przyjaciółką o tym, czy możliwe jest w długim związku poczucie czegoś takiego, jak na początku relacji. Gdy pojawiają się wspomniane motylki i nie wiemy jeszcze, co się wydarzy. Gdy wszystko jest tajemnicą i powoli odkrywamy karty. I myślę sobie, że ciągłe rozstania, powroty i tęsknoty za toksykiem trochę nam coś takiego fundują. Mamy niewiadomą, bo nie wiemy, co będzie tuż za rogiem i jak toksyczna osoba się zachowa, przez co nasza relacja teoretycznie nigdy nie powinna wpaść w nudę i stagnację. To dlatego wielu z nas myśli też, że ona jest lub była taka wyjątkowa. Pełna pasji i namiętności. Jak z filmu. Inne są nudne, ludzie oglądają razem seriale, kłócą się o zakupy, śmieci czy dzieci a nasza nie! My fruniemy na skrzydłach miłości i tą miłością wszystko potrafimy sobie wytłumaczyć. Miałam kiedyś takiego faceta, który co kilka msc był z nową dziewczyną. Tak bardzo bał się prozy życia, że lubił tylko początki. Namiętność. Motylki i spijanie sobie z dzióbków. Tu jest podobnie. Jesteśmy cały czas na początku, przez toksyczność relacji nigdy nie dochodzimy do fazy stabilizacji. Nie musimy się też mierzyć z życiowymi problemami, bo problemem najważniejszym jest to co nas łączy i w jaki sposób na siebie działamy, przyćmiewając wszystko pozostałe.

Teraz to już będzie inaczej

Oj jak ja w to wierzyłam! Za każdym razem, gdy się schodziliśmy liczyłam na to, że teraz będziemy potrafili się już tylko kochać. Bez zniszczeń. Tylko, że to niemożliwe. Dopóki nie ukoicie swojego wewnętrznego dziecka i nie przyjrzycie się temu, co was ze sobą splątało naturalna zmiana nigdy nie nastąpi. Ale powoduje, że wierzymy! Po kolejnym zejściu na początku przecież przez krótką chwilę jest znowu super. Niesie nas nadzieja. Cieszymy się, że ponownie daliśmy sobie szansę. A potem znowu wchodzimy w utarte schematy. Do tego dochodzi chęć uratowania partnera. Mnie się też zdawało, że mojego uratuję. Od niego samego. A do tego pokażę mu, jakie życie i świat mogą być wspaniałe. Ale nie można nikogo uratować. Ani zasklepić jego ran w sercu. To musi każdy zrobić sam. Bo inaczej urobisz sobie ręce po łokcie i będziesz sfrustrowany. Myślę też, że misje ratunkowe wynikają z niedowartościowania i chęci podbudowania ego sprawczością w ratowaniu kogokolwiek.

Mam wartość tylko przy tej osobie

I tu przechodzimy płynnie do owego niedowartościowania. Z jednej strony wielu z nas ma świadomość, że z powodu niskiego poczucia własnej wartości pakujemy się w nie do końca fajne związki. Z drugiej mało kto widzi, że taka osoba nam to poczucie jeszcze odbiera i sprawia, że czujemy się bardziej beznadziejnie. Ale też sączy się jad do ucha, że bez niej bylibyśmy nikim. Albo, że to ona nam daje to czy tamto. To powoduje, że gdy się rozstaniemy musimy wykonać dużą pracę nad sobą i zastanowić się kim jesteśmy i czego chcemy. A nasz mózg od czasu do czasu podpowiada nam – no jak to, przecież z nim czy z nią czułaś się coś warta. Skoro on cię wybrał. Skoro z tobą był. To może wartość mam tylko wtedy, gdy jesteśmy razem?

Niedostępność

A do tego wszystkiego dochodzi odwieczna reguła niedostępności, czyli najbardziej chcemy to, czego nie mamy. Mój ex też najbardziej kochał mnie wtedy, kiedy miałam swoje życie. I jego gdzieś. Wtedy pojawiał się jak królik z kapelusza, pytając co słychać albo wyznając mi miłość. Gdy ja mu ją wyznawałam najchętniej chciał, żebym zniknęła. Są ludzie, którzy lubią gonić. Ciężko nam się przestawić z niemiłości i wiecznych ucieczek na miłość i obecność.

Myślę, że te wszystkie czynniki powodują, że musi upłynąć sporo wody w rzece, zanim przestaniemy tęsknić za toksykiem. Wypełniania sobie dni miłością własną. Uczenia się siebie i tego co czujemy. Zainteresowań. Znajomych. Tworzenia nowych wspomnień, żeby zastąpić stare. A i tak od czasu do czasu, gdy pojawi się mrok przez głowę przebiegnie nam myśl…a może teraz wszystko będzie już inaczej?…

Przeczytaj również