fbpx
Myśli zebrane

Wielkie nic

2 marca 2020

Za to, że nic nie zrobiłam. Za to, że łóżka nie pościeliłam. Za to, że oglądałam seriale. Za to, że nie posprzątałam wcale. Za to, że nie poćwiczyłam. Za to, że kubka nie umyłam. Za to, że nie jadłam zdrowo. I będę na pewno grubą krową. Za to, że czas zmarnowałam. Za to, że się nie postarałam. Za to, że miało być wow i fajerwerki. A wyszedł guzik i dwie pętelki.

Znacie to? Doszłam ostatnio do wniosku, że nie potrafię odpoczywać. Albo inaczej, nawet jeśli zdarzy mi się błogie lenistwo, czyli weekend z serialami i takim totalnie nicnierobieniem, to mam wyrzuty sumienia jak stąd do Tokio. Czy w dzisiejszym świecie, gdzie możemy więcej niż nam się wydaje i nie możemy marnować ani chwili, wypoczynek też ma być jakiś, bo inaczej to zwykłe marnowanie czasu?

Dużo pracuję. Czasem bardzo dużo. Zdarza się, że w ciągu dnia jest to 10 h i więcej, a nawet jak wracam do domu, to myślę o pracy i odbieram maile. Tak mam. I co więcej, nikt mnie do tego nie zmusza. Raz, że to lubię. Dwa, że jestem perfekcjonistką i jak coś robię, to na 100% albo wcale. Rozmawialiśmy ostatnio w pracy o tym, że czasem w weekend czujemy się tak wypompowani, że ciężko się zwlec nawet na siłownię. Ale rozmawialiśmy o tym ze wstydem. Tak, jakbyśmy wyjawiali najskrytsze tajemnice, którymi był netflix, leżenie w piżamie i kruszenie bułką w łóżku.

Czyżby oprócz FOMO (lęk przed przegapieniem czegoś, wymuszający na nas scrollowanei np. całego feedu na fejsbuku) zachorowaliśmy na lęk przed niekonstruktywnym odpoczynkiem? Czy w czasach, gdzie bombardują nas komunikatami, że możesz wszystko, a chcieć to móc mamy wyrzuty sumienia, gdy po prostu nam się nie chce?

Przecież to normalne odpoczywać. Jeden będzie to robił ćwicząc, inny gotując, jeszcze inny łażąc po górach. A ty możesz chcieć oglądać seriale. Nie ma w tym nic złego. Dlaczego nie słuchamy swojego organizmu, słuchając wszystkich dookoła, którzy mówią nam, jak mamy żyć i co powinniśmy?
Mam takie poczucie, że wszystko musimy robić na maksa. Każdy związek musi być zajebisty. Każdy orgazm musi nas wystrzeliwać w kosmos. Każdy projekt musi być sukcesem. Każda zmarszczka wyprasowana. Każdy gram tłuszczu zamieniony w mięsień. Żadna chwila nie może się zmarnować na nicnierobienie! Inaczej jesteśmy leniuchami. Przegrywami. Inni mogą, a my jak to nie mamy siły? Ochoty? Nie chce nam się?!

Chcę móc odpoczywać bez wyrzutów sumienia. Nie musieć zaliczać kolejnych szczebli wtajemniczenia, jak być tu i teraz. Jak budować mięśnie. Nie musieć nawet zwiedzać kolejnego egzotycznego zakątka, jak nie mam na to ochoty. Ja wiem, że gdybym przezwyciężyła słabość i poszła na siłownię albo pouczyła się języka, mogłabym być z siebie cholernie dumna. I zapewne bym była. I mogłabym sobie przyznać nawet gwiazdkę w jakiejś tam skali superzajebistości Ani. I czuła się przez chwilę lepsza od tych wszystkich lam, które zostały w domu.

Ale najbardziej to chcę się czuć dobrze sama ze sobą. Nie chcę czuć wstydu, gdy ktoś mnie zapyta, co robiłam w weekend, a ja z płonącymi policzkami odpowiem szeptem, że nic.

To jest moje nic! Które ma dawać wytchnienie mojemu organizmowi. I w momencie, kiedy to mówię nie chcę się czuć nikim. Ciągle łapię się na tym, żeby nie oceniać innych ludzi. Ale jeszcze trudniej mi jest nie oceniać siebie. I za każdym takim problemem i życiową zagwozdką, gdy przeczytam o tym ile mogę, a raczej mogą inni zapominam zapytać – a ty czego chcesz mała? Czego w danej chwili potrzebujesz? Udowadniania, że jesteś zajebista czy po prostu wielkiego nic chociaż przez chwilę?

Przeczytaj również