fbpx
Ona & On

Przepraszam

18 lutego 2020

Wiecie, z tekstami które nagle czytają tysiące ludzi jest trochę tak jak z dużym weselem. Niby wszystko spoko i prezentów więcej, ale czy zaproszeni goście na pewno Cię znają? Ostatnie teksty w ciągu kilku dni przeczytało dużo osób. Bardzo dużo. I tekst o sztuce odchodzenia i ten o byciu partnerem. A raczej niebyciu. W tekstach jest dużo ironii, ale tylko ja wiem ile smutku mnie kosztowały, wylanych łez i trzęsących się rąk. Bo każde słowo na moim blogu jest prawdą. Kawałkiem mojej historii. Czasem odartej z intymności. Czasem odartej ze złudzeń. A czasem mnie obdartej ze skóry do krwi.

Piszę bo lubię. Bo swego czasu to był mój sposób na poradzenie sobie z emocjami. I z problemami. Piszę, bo kiedyś przytrafiło mi się coś niefajnego. A potem przytrafiało wciąż i wciąż. I już wiem, że nie ma czegoś takiego jak pech w miłości. Jest tylko pech w traktowaniu siebie samego. Bez szacunku. Jak śmiecia. Piszę, bo to trudna droga. Okropnie trudna i bolesna pracować nad sobą i starać się wyjść ze swojego schematu. Że ja wiem, że inne dziewczyny uznają, że one nie potrafią mieć relacji bez emocji. Bez burz. Motylków. I dobrze. Każdy musi wybrać własną drogę. Droga z emocjami jest wspaniała. Kiedy jest dobrze, nie niesie Cię. Ty lecisz. Kiedy jest źle, ryjesz twarzą o chodnik. Boli Cię każde słowo. Każdy mięsień. Każdy dzień.

Ci, którzy są tu ze mną długo wiedzą, że większość tekstów powstała o Nim. Na bazie tych doświadczeń. Ku przestrodze. A Ci bystrzejsi wiedzą też, że najpiękniejsze teksty o miłości też powstały dla Niego. Tak to działa. Jak cholerne uzależnienie, zakodowane pod skórą. Nie ważne, że nie umiał mnie kochać. Że niszczył i ranił. Ważne, że był. Dziś w przypływie rozpaczy i totalnego, sobie tylko zrozumiałego popierdolenia, dalej potrafię za nim tęsknić. Nie jak ofiara za swoim oprawcą. Jak Julia za miłością swojego życia. Tak to właśnie działa.

I wiem, ach jak dobrze wiem, że to nie pieniądze ani nawet seks budują ten świat. Buduje go miłość. A dużo częściej rozpieprza w drobny mak. Niszczy setki tysięcy istnień. Wszyscy chcemy kochać i być kochani. Jedni bardziej zdrowo. Inni mniej. Ale to wspólne pragnienie, które nadaje sens naszemu życiu. To przez nieudane związki wpadamy w pasje, budujemy biznesowe imperia albo niszczymy siebie, lądując zapici na chodniku. Wszystko dla niej. Przez nią. Z jej powodu.

Rzeczy opisane w tych tekstach wydarzyły się naprawdę. Każda jedna. Gdy się poznaliśmy miał kobietę, z którą nie potrafił się rozstać tak, jak kiedyś ze mną. I gdy zaczęliśmy się spotykać, mnie zapomniał o tym powiedzieć, a jej że już nic ich nie łączy. To dlatego żyliśmy w trójkącie przez kolejne lata. To stąd pomysł na tekst o rozstaniach. Niby śmiesznie. Ale trochę i smutno i straszno. Bo wiem, jak ona to przeżywała. I ja, gdy się dowiedziałam po 3 msc. W tekście o partnerach, którzy nie umieją być partnerami zgadza się każde słowo. Każdy akapit. Miałam czekać na telefon i szczebiotać. I nie martwić się, że kilka dni się nie odzywa, wszak się zastanawia. Ma prawo i potrzebuje przestrzeni. Miałam nie kupować mu prezentów. Potrafił wyjść ode mnie tak po prostu, mówiąc, że nic z tego nie będzie. I skurwić mnie za to, że nie pokrywałam się z jego wyobrażeniami.
Dziś wiem, że bał się miłości. Bał zaangażowania. Był poraniony i na mnie przerzucał swój strach. Trochę mnie chciał. A trochę nie. A trochę sam nie wiedział, czego szuka. A my obie tym niezdecydowaniem dostawałyśmy po dupie.

Nie jestem głupia jak niektórzy piszą. Ba, uważam się za całkiem mądrą. Byłam zakochana. Pieprzoną, toksyczną miłością ludzi, którzy tak bardzo nie kochają siebie, że chcą to uczucie zastąpić uczuciem do kogoś innego. Dziś, gdy z wami piszę i poznaję Wasze historie widzę, że na świecie są całe rzesze takich kobiet. Które myślą, że mają pecha w miłości. A po prostu mają pecha, bo nikt ich nie nauczył kochać siebie. Czy facetów też? Zapewne. Ale u płci męskiej zdecydowanie rzadziej ten brak samoakceptacji przekłada się na toksyczne relacje. Znam dziewczynę, która jest piękna jak z obrazka. Mądra. Ma pasję i świetną pracę i co. I klops. Lata za niedostępnymi. Chłodnymi. Takimi, którzy są zajęci albo nie umieją kochać. Nie przyznają się do niej w towarzystwie. Dzwonią tylko wtedy, gdy potrzebują, mając gdzieś cudze emocje i uczucia. Ona wciąż wierzy, że ich uleczy swoją miłością. Też wierzyłam, że jak tylko będę w stanie wystarczająco mocno kochać, to on w końcu przestanie się bać! Zobaczy jaka jestem wspaniała i przestanie mnie ranić. Wszystko się zmieni. Że to nieważne, że udajemy formalnie, że nic nas nie łączy, bo on nie chce się deklarować. A jak będę naciskać, to on się wystraszy. Ta relacja przypominała stąpanie po kruchym lodzie, musisz uważać, co robisz i przemyśleć dokładnie każdy swój ruch i słowo, żeby on nie poszedł w długą. Tylko czy na pewno chodzi o życie w wiecznym lęku?

Wierzyłam, że jak się spieprzyło, to na pewno moja wina. Że ja to jeszcze mogę naprawić! I tak jak jedna z moich czytelniczek miałam pomysł, że będę jego przyjaciółką i on zobaczy, jaka jestem wspaniała. A potem może łaskawie znowu coś się między nami wydarzy. Pal licho, że powiedział jej mnóstwo przykrych słów. Ona dalej chce się starać, bo uważa że to jej wina. I ona to naprawi! Będzie lepszą wersją samej siebie, żeby zobaczył co stracił.

Wierzyłam 5 lat i jakieś 578 zwrotów akcji. Aż wreszcie tak się poobijaliśmy, że chyba zaczęliśmy rozumieć. Że nam razem nie po drodze. Że nawet jak się kochamy, chociaż nie bardzo wiem, czy to była miłość czy bardziej uzależnienie, to nie mamy szans na dobre życie razem.

Przepraszam siebie za to, że się nie kochałam. I przez to nie widziałam, że ktoś mnie rani.

Przepraszam siebie za to, że nie miałam szacunku do siebie i swojego ciała. I przez to pozwalałam, żeby ktoś mnie nie szanował.

Przepraszam siebie za to, że dałam sobie wmówić, że to moja wina. Że powinnam kochać szczerzej, mocniej się starać.

Przepraszam siebie za to, że udawałam przed sobą i innymi, że mnie to nie boli. Że chłód mi nie przeszkadza. Słowa nie ranią.

Przepraszam siebie za wiarę w to, że moja miłość go uleczy. Bo nie mogłam nic naprawić, oprócz siebie.

Przepraszam siebie za wymyślanie wszystkich podstępów, które miały spowodować, żeby się nie wystraszył. Bo jak powiem za dużo albo za bardzo pokażę, że mi zależy to koniec.

Przepraszam siebie za chęć ratowania, bo nie można uratować nikogo oprócz siebie.

Przepraszam za niewiedzę i myślenie, że związki, w których iskrzy muszą tak wyglądać. Nie muszą.

Przepraszam za codzienny strach, gdy kładłam się spać i myślałam o tym, czy będzie jeszcze jakieś jutro.

Pamiętajcie – miłość daje i tworzy.
Nie zabiera i niszczy.

Przeczytaj również