fbpx
Ona & On

Łańcuch złamanych serc

20 stycznia 2020

Czasem w mojej głowie wszystko jest odwrotnie. Każda chwila nie jest tą, którą chcę żeby była. Każda emocja nie jest tą, którą chcę czuć. Zaczęłam cierpieć na bezsenność. Bezmyślność. Bezsłowność. Skończyły mi się wyrazy. Ja się gdzieś skończyłam na krawędzi nijakich dni. Zawsze gdy jest dobrze, to przecież nie może być. Mój mózg woła głośne stop, żebym nie pomyślała, że teraz już tylko przyszłość.

Kiedy przestaję wspominać, przeszłość sama przychodzi do mnie w snach. I patrzy na mnie. Daje się dotknąć Jego głosem. Daje się poczuć Jego uśmiechem. Nie daje się zapomnieć. Mówi słowa, których nie powiedział. I te, które już nie padną. Spadam łapiąc się ostatnich zdań rzuconych spod półprzymkniętych powiek. Czekaj na mnie. Za rok. Za pięć. Kiedyś. A potem się budzę. Jestem ja. I on. Nie ma Jego. Budzę się z myślą, że przecież to ja odeszłam. Nie dałam się lubić. Nie dałam się kochać.

Czasem zastanawiam się, jakby wyglądałby świat, gdyby ludzie nie łączyli się w pary. Gdyby w ogóle nie zaprzątali sobie głowy popędem, instynktem, przekazaniem genów. Gdyby nie wpadali w sidła miłości. I sami nie zastawiali pułapek. Czy wtedy byliby ubożsi czy bogatsi? Może nikt nie ukradłby im czasu. Serc. Przyszłości. Może mogliby się skupić na swoich pasjach i sobie, tak jak wielu deklaruje, że od teraz to już na pewno. Tylko ja. Moje uczucia. Na pierwszym miejscu. Zawsze.

A potem pojawia się ktoś, kto mówi sprawdzam. I stawianie na siebie znowu pozostaje tylko na poziomie deklaracji. Marnujemy chwile czekając na telefon. Marnujemy miesiące słuchając słów, których nie chcemy słuchać i czekając na te, które pragniemy usłyszeć. Marnujemy ciała, paląc i pijąc ze smutku i tęsknoty. Marnujemy przyszłość myśląc o przeszłości. Marnujemy innych.

Nieskończone domino złamanych serc przewraca kolejne klocki, bo ktoś nas kiedyś zepsuł. Zabrał nam marzenia i wiarę w ludzi. Zdeptał mówione szeptem sekrety. Zachwiał poczuciem bezpieczeństwa. Doszliśmy do wniosku, że nie warto się odsłaniać. Idziemy z podniesioną gardą, zadając na prawo i lewo kolejne ciosy. Tak na wszelki wypadek. Obrywają postronni. A nikt nie chce obrywać za frajer. I tak kolejni podnoszą gardę. I idą ramię w ramię siejąc zniszczenie. Armia wybrakowanych.

Przeczytałam ostatnio świetny komentarz pod jednym z tekstów na temat Tindera, gdzie panowie narzekali na panie. Że one są takie zniszczone i pozbawione złudzeń, bo ktoś im wcześniej te złudzenia zabrał. I nauczyły się przez wszystkie swoje nieudane związki być oziębłe i wyrachowane, bo musiały. Dla własnego dobra. Nie angażują się, bo wielokrotnie dostały lekcje, że to się nie opłaca. Facet i tak je oszuka, zdradzi, zostawi… I pomyślałam sobie, że to dotyczy nas wszystkich. Jesteśmy skurwiali, bo ktoś nas takimi uczynił. Wierzę w to, że ludzie rodzą się dobrzy. Pełni nadziei i wiary w to, co może im przynieść życie. I kogo. A potem spotykamy na swojej drodze kolejne osoby, które nas niszczą i kolejne. I to powoduje, że niesiemy ten lęk i złość ze sobą dalej. I psujemy kolejnych. Że trzeba trafić na kogoś, kto ma bardzo dużo miłości i cierpliwości, żeby ten łańcuch odwrócić. I że w naszym wspólnym interesie jest być dla innych dobrymi. Dawać wiarę, nie zabierać. Tworzyć, nie niszczyć. Kochać, nie uciekać. Bo im więcej jest ludzi, którzy niszczą innych, tym większa szansa, że ktoś kiedyś zniszczy nas.

Tylko czy fakt, że trafiamy na kogoś, kto nam rozpieprza życie w drobny mak to na pewno przypadek? Czy nad chęcią ucieczki można zapanować, skoro taki mamy schemat? Czy uda się nie niszczyć, nawet gdy się bardzo chce?

Mój pierwszy facet mnie zdradził. Mój drugi mnie oszukał, chcąc się dobrać tylko do moich majtek. A potem już poszło. Z moim trzecim oszukaliśmy się nawzajem, nadbudowując swoimi wyobrażeniami rzeczywistość. A kiedy się okazało, że jesteśmy inni, niż myśleliśmy wszystko pierdolnęło z wielkim hukiem. Kiedy spotkałam Jego nie mieliśmy szans. Marzyłam o kimś silnym, kto nade mną zapanuje i pokaże mi drogę. I kiedy spotkałam wzorzec męskości okazało się, że nie boi się niczego oprócz bliskości. Z jednej strony lgnął do mojego ciepła, bo tego jako dziecko nigdy nie dostał, z drugiej strony coś mu podpowiadało, żeby brać nogi za pas. Bo będąc dzieckiem zawsze gdy się za bardzo zbliżył, obrywał. Ja z kolei byłam zachwycona jego samodzielnością i odwagą, ale to zabierało mi poczucie bezpieczeństwa. A po przejściach z poprzednikami bałam się otworzyć i zaufać. I tak się odsuwaliśmy nawzajem. I przyciągaliśmy, znowu tęskniąc za tym, czego nam zabrakło. Ale dopóki nie odkodowalibyśmy schematu, ten taniec mógłby trwać w nieskończoność. Nasze wewnętrzne dzieci niosły w sobie rany, których nie była w stanie wyleczyć nasza miłość. Mogliśmy to zrobić tylko my sami. I miłość własna.

Rozmawiałyśmy ostatnio, że nie ma szans na niezepsucie dziecka. Że nawet gdybyśmy nie wiadomo jak się starali dać mu wszystko i wychować je na cudownego człowieka, nie stworzymy osoby, której wewnętrzne dziecko będzie miało zaspokojone wszystkie potrzeby. Bo każde dziecko jest inne i nawet jeśli stosujemy się do wszystkich zasad, czy będziemy potrafili je odpowiednio do jego potrzeb kochać? Czytam ostatnio genialną książkę Agnieszki Jucewicz – Czując. Rozmowy o emocjach. I tam jest taki rozdział o wstydzie i piękne zdanie o tym, że w dzieciństwie dziecko wstydem przykrywa pragnienie kontaktu, bliskości. I że ten wstyd uszkadza inne emocje. (…)”Sprawia, że bycie blisko z kimś w dorosłym życiu staje się trudne, wręcz niemożliwe. Nie pozwala pokochać kogoś i nie pozwala by ten ktoś nas pokochał. Bo czyjaś miłość i uwaga bolą. Przypominają bowiem tym osobom to co mogły dostać, a czego nie dostały. Uświadamiają im, że strata nie wynika z ich „okropności”, ale z tego, że najbliższe im osoby nie były ich w stanie kochać tak, jak tego potrzebowały. I nie mieli oni na to jako dzieci żadnego wpływu. Jeśli nawet zdarza się dobra, karmiąca relacja, to te osoby często uciekają, niszczą kogoś, kto chce im coś bezinteresownie dać, a wybierają partnerów, którzy nie potrafią kochać. Chronią się tym samym przed przeżyciem żałoby, przed bolesnym uświadomieniem sobie nieodwracalności pewnych wczesnych utrat.”

Myślę, że ten łańcuch złamanych serc jest trochę przez innych, a trochę też przez nas. Bo nie pracujemy. Bo łatwiej jest powiedzieć, przyciągam nieodpowiednich ludzi, zamiast się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Łatwiej stwierdzić, że moja relacja jest toksyczna, niż pomyśleć dlaczego. Bo w toksycznej relacji zachodzi reakcja między dwiema osobami. Nie ma szans, żeby jedna była ideałem, a druga bezwzględnie niszczyła wszystko. Też mi się wydawało, że to, co w naszym związku było złe to Jego wina. Dopiero potem doszłam do wniosku, że nie dałam się lubić. Nie dałam się kochać…

I że nie tylko on mi coś zabrał. Ja też mu coś zabrałam. Przepraszam.

Przeczytaj również