fbpx
Ona & On

Cmentarz starych miłości

23 listopada 2017

Myśleliśmy, że jesteśmy nieśmiertelni. Czuliśmy się lepsi od innych. Bo my tak wspaniale umiemy rozmawiać, kiedy inni gapią się w telefony przy stole. Bo my tak pięknie się do siebie odnosimy, a reszta na siebie warczy. Inni są zazdrośni, toksyczni, nie potrafią o siebie dbać. My umiemy wszystko. Zupełnie tak, jakbyśmy w swoich głowach mieli idealną wizję związku i koniecznie chcieli się w nią wpasować, bo inaczej nie zdamy egzaminu. Czarowaliśmy rzeczywistość, a najbardziej oszukaliśmy siebie.

Są takie obrazki, takie kadry, na których widzisz czyste piękno. Patrzysz i patrzysz i patrzysz. I podświadomie wiesz, że coś nie gra. Tylko nie wiesz co. To instynkt. Instynkt ci podpowiada, że ten obrazek jest w jakiś sposób nierealny. To był nasz obrazek. Wyidealizowanego świata, wspólnych zdjęć na fejsie (tak wiem, kajam się), wyidealizowanych nas w naszych własnych głowach. A kiedy kurtyna opada, a róż codzienności blaknie zostaje iluzja. A iluzja bez treści jest niczym.

***

A jeśli w życiu dostajemy tylko jedną miłość? A cała reszta – strach, wyrzuty sumienia, depresja, alkoholizm i sporty ekstremalne są tylko jej pokłosiem? Jeśli dane nam jest kochać i zakochać się prawdziwie tylko raz, to co jest za zakrętem? I czy te wszystkie triathlony, maratony, nurkowania, hulanki i swawole to ucieczki nieszczęśliwych ludzi? Uciekamy w pasje czy szukamy pasji, żeby przeszłość nas nie dogoniła?

Dopadło mnie ostatnio kilka historii, razem z moją własną, a konkluzja wciąż jest ta sama, miłość nie tworzy, miłość niszczy. Dziesiątki, setki istnień, których życie wyglądałoby inaczej, gdyby kiedyś nie zdecydowali się wsiąść do samochodu z kiepskim kierowcą i wypierdolili się przez przednią szybę. A odłamki szkła z ciała będą wyciągać aż do śmierci, raniąc nimi wszystkich dookoła. I siebie najbardziej. Miałam takiego znajomego w pracy, który po związku ze studiów dochodził do siebie 10 lat. 10 lat! Alkohol, zagubienie, brak sensu. 10 długich lat. Jeden powie – nie ta, to następna, drugi obrucha się za wszystkie czasy, a trzeci – nadwrażliwiec, spieprzy sobie życie. I nie, to nie jest kwestia silnej psychiki, charakteru czy nie wiadomo czego jeszcze. To kwestia wrażliwości i cierpienia po tym, jak ktoś cię skrzywdził.

Czy to nie jest błędne koło? Pół życia gonimy za czymś, co mają inni. A inni twierdzą, że wcale to a wcale nie lubimy być sami, bo każdy jest stworzony do rodziny, dzieci i sielanki. A my z jednej strony wiemy, że tak, że trochę siebie oszukujemy, bo niby samemu jest fajnie, ale samemu nie ma się tego, co ma się razy dwa. Ale jeśli się wie, że związek na dłuższą metę nie działa? Jeśli się widzi te szczęśliwe pary, rodziny, a potem się dowiaduje, że ona go zdradza, on jej nie posuwa od miesięcy, a dzieci są sąsiada?. To które oszustwo jest lepsze? Gdy się samemu oszukujemy, że to jednak działa? Czy będąc z kimś, próbujemy oszukać świat? I dlaczego miłość jest tak bardzo wpisana w nasze życie, że dookreśla wszystko? Albo dlaczego mając wszystko, a nie będąc kochanym, czujemy się jakbyśmy nie mieli nic? Nawet jeśli wiemy, że reszta świata udaje, to też chcemy móc od czasu do czasu przykleić uśmiech i grać, wciąż grać w teatrze zwanym życie.

A może po prostu nie szukamy miłości, tylko bezwarunkowej akceptacji drugiej osoby? Poczucia przynależności i tego, że ktoś jest za nas odpowiedzialny. A przynajmniej być powinien. A gdy coś się kończy, to mówimy sobie, że coś się zaczyna, że kończymy się my, a zaczyna się JA. A to JA prawie zawsze jest nieszczęśliwe. Zapijamy smutki, zabiegujemy samotność, chowamy pod wodę lub w powietrzu nasze lęki. I wmawiamy sobie i wszystkim, że teraz odnajdujemy siebie. Chociaż wiemy, że oni zgubili nas już na zawsze.

Przeczytaj również