fbpx
Eros

Parszywa 12 czyli kto lubi się kochać, a kto się puszcza

25 lutego 2018

Czy istnieje magiczna granica partnerów seksualnych, która oddziela ludzi doświadczonych, ale porządnych od tych doświadczonych, ale rozpustnych? I ile to jest dużo, a ile w sam raz? Czy w dzisiejszym świecie seksu na wyciągnięcie ręki 100 kochanków to norma czy gruba przesada? A może seks jest w odwrocie i skoro atakuje nas z każdej strony, wróciliśmy do bycia staromodnymi, czekając, żeby oddać wiano temu, kto na to zasłuży, a nie temu kto nas dobrze zerżnie?

Zdziwiliście mnie wczoraj. Ja wiem, że ktoś mógł polajkować bloga, bo spodobał mu się obrazek. Ale ja piszę o relacjach i o seksie. Więc ciężko być zdziwionym, że Was o to pytam. A powstało takie oburzenie, jakbym co najmniej zamierzała Was rozliczać z tego kto z kim, ile razy i dlaczego. Jakbyście się wstydzili, że za dużo albo za mało. I tylko jedna albo dwie dziewczyny podały liczby, reszta twierdziła, że nie liczy się ilość tylko jakość. No tak. Jasne, że liczy się jakość i teoretycznie jakość powinna płynąć z doświadczenia. Ale tak naprawdę gdyby partner Wam powiedział, że liczba oscyluje wokół 100 czy 200 nie byłoby Wam do śmiechu. Nie pytałam też, czy pytacie o liczbę partnerów w związku. Uważam, że o tym nie powinno się rozmawiać, bo możemy dostać naszą ciekawością w łeb. I nawet jeśli nasz partner kiedyś był Casanovą, a teraz się przy naszym boku ustatkował, to co się okaże, gdy nie utargamy jego przeszłości?

A tak naprawdę moja ciekawość wzięła się z badań. Nurtujące pytanie zadał swoim użytkownikom serwis randkowy dla osób w związkach małżeńskich IllicitEncounters.com. Uczestnicy badania uznali, że magiczną liczbą jest liczba 12. Tylu właśnie partnerów gwarantuje odpowiednie doświadczenie seksualne i nie jest postrzegane jako rozwiązłość oraz skakanie z kwiatka na kwiatek. Posiadanie poniżej 10 partnerów zostało określone przez uczestników ankiety jako doświadczenie, ale jednak nuda w sypialni, natomiast 19 partnerów i więcej to już istna rozpusta i rozpasanie.

Wiadomo, że to się nie wymydli. Co najwyżej możemy popaść w uzależnienie od ekscytacji związanej z nieustannym poznawaniem nowych osób i nowych bodźców. Co potem ciężko przełożyć na stały związek. Z drugiej strony myślę, że im więcej rzeczy się spróbowało, tym mniej będzie nas korcić w stałym związku. Skoro odhaczyliśmy seks grupowy, trójkąty czy bdsm, mamy szansę nie umrzeć niespełnieni, jeśli nasz obecny partner miałby inne fantazje.

Tak naprawdę liczba partnerów seksualnych to mocno indywidualna sprawa i nikomu nie zaglądam do łóżka. Ktoś będący w długoletnim związku bez zdradzania nie może się równać z singlem, który co drugi dzień może spać z kimś innym. Albo codziennie, jak da radę. Żyjemy w innych czasach niż 20 czy 30 lat temu, teraz z seksem nie czeka się do ślubu, a i wszystkie aplikacje oraz tempo życia powodują, że jest łatwo dostępny. Zniknęło też chyba piętnowanie kobiet, które tak jak faceci umawiają się na seks, bo mimo iż są same i mają superwibratory, od czasu do czasu potrzebują jednak odrobiny gimnastyki i żywego mięsa. Aczkolwiek nadal podobno kobiety zaniżają liczbę partnerów. Bo jak facet powie, że posiadał ich wiele, to uznamy, że doświadczony, zaradny i męski. A jak kobieta się przyzna, że lubi seks i miała wielu kochanków przyczepimy jej łatkę puszczalskiej. Co ciekawe, mężczyźni działają na odwrót, często podając liczbę znacznie wyższą, niż rzeczywista. Co tylko pokazuje, że myślimy stereotypami. I facet ma być jurny, a kobieta cnotliwa.

Wyniki z ankiety portalu podało w piątek chillizet uruchamiając własną ankietę. Co ciekawe prawie 40% zaznaczyło, że miało mniej niż 5 partnerów. I zastanawiam się, czy ktoś tu kłamie czy może wszechobecny seks powoduje, że część osób staje się staromodna i ofiarowuje się temu jedynemu?

Przeczytaj również