fbpx
Kultura

Muzyka na żywo i co mi w niej przeszkadza, czyli skoncertuj się

3 grudnia 2016

Uwielbiam koncerty. Możliwość przeżywania na żywo ulubionych dźwięków jest niczym słuchanie samochodowego radia na cały regulator wtedy, gdy leci ulubiona piosenka i wykrzykiwanie jej słów bez ładu i składu, gdy dwa sąsiednie pasy patrzą z zaciekawieniem co robisz. Koncert to taki samochód, z tym, że drą się wtedy wszyscy i nikt nie myśli, że wygląda z tym głupio.

Jak już zapewne wiecie muzyka towarzyszyła mi od zawsze. No może mama nie przykładała tranzystora z Vivaldim do brzucha, w którym sobie pomieszkiwałam, ale co do Bajora to pewności już nie mam. Lubię dźwięki i absolutnie się na nich nie znam. Słuchu nie mam, talentu do grania na czymkolwiek oprócz nerwów też nie posiadam. Za to muzyka wywołuje we mnie ten sam rodzaj emocji, co umawianie się jednocześnie z pięcioma facetami, z czego dwóch jest żonatych, dwóch z sympatii a jeden jest księdzem i płakanie potem, że ja to jednak nie mam szczęścia w miłości.
W każdym razie dzień bez muzyki jest dniem straconym, w dźwiękach najważniejsze są teksty, przy których mogę się do woli umartwiać, a koncert to połączenie mszy i teatru, tylko entuzjastyczne zachowania są trochę bardziej spontaniczne. Koncert dla mnie to święto. I z dużym trudem przychodzi mi powstrzymywanie się od dosypania trucizny do piwa jednej czwartej populacji, której zachowania kompletnie nie rozumiem. Co mi najbardziej przeszkadza na koncertach?

  1. Ludzie łażą. Ciągle. Ja rozumiem, że na festiwalach się chodzi. Do kibla, po piwo, na blow job, po blanta, po bułkę, do kibla, na telefon do mamy, na dymanie, ale w sali gdzie jest 500 osób można chyba ze spokojem zająć miejsce, ewentualnie je zmienić, jeśli nam nie odpowiada i wytrwać w tym radosnym postanowieniu dalsze półtorej godziny? Ale nie! Gdzie tam. Trzeba się przemieszczać. Nieustający potok ludzi potyka się o mnie, o moje ramię, o moje plecy, o moją pięść, o moją torbę, o moją cierpliwość.
  2. Ludzie piją. Jest taka grupa osób, która nie idzie na koncert, na mecz, do kina, do parku, do klubu, na spacer. Ona się idzie najebać. Zawsze. Każda okazja jest dobra. Jedno piwo? A po co, jak można osiem! To oni w dużej mierze generują łażenie, bo się piwo skończyło albo siku się zachciało.
  3. Ludzie gadają. Nie ważne, czy jest to koncert muzyki klasycznej czy rockowej, w tym czasie można przecież obrobić tyłki wszystkim koleżankom z pracy albo wszystkim babom, które stoją przed tobą marudząc, że samemu się nie ma faceta. No tak, ciekawe dlaczego…
  4. Ludzie machają. Rozumiem, że na koncercie należy się dobrze bawić, a kto tańczy i skacze, to wiadomo, że bawi się najlepiej, a ten kto obok nie tańczy i nie skacze ten lama. Ale tak tańczyć i skakać, żeby co 5 minut walić kogoś ręką w głowę albo wsadzać palec do oka to już nie rozumiem.
  5. Ludzie siedzą w telefonach. Większość koncertujących nie skupia się na tym, żeby przeżywać, tylko na tym, żeby pokazać, jak przeżywają. To smutne, bo chwile z koncertu w swojej głowie będą mogli sobie przypomnieć tylko za pomocą telefonu, nie za pomocą wspomnień.

I naprawdę nie chodzi o to, żeby pójść na koncert, stać jak trusia pod ścianą, sączyć wodę mineralną i nie odezwać się ani słowem. Ale naprawdę trzeba wypieprzać czasem po 5 stów za bilety, żeby nic z tej chwili nie mieć albo nie pamiętać?

Przeczytaj również