fbpx
Ona & On

Sto lat samotności

23 listopada 2016

Znowu to robisz. Karzesz mnie swoim milczeniem, swoją cichą nieobecnością karzesz mnie za rodzinę i udane święta. Rok temu przysięgaliśmy sobie, że będzie inaczej. Rok temu, żyjąc w innej rzeczywistości, którą autorytarnie dla nas wybrałeś, pragnienie inaczej było jedynym naszym pragnieniem. Bycie na odległość wychodzi nam najlepiej. Bycie na niby, gdzie marzymy o tym, żebyśmy byli, wiedząc przecież, że wcale nas nie ma. Ale mamy punkt zaczepienia, niczym szarpiące się w czasie wichury liście, trzymamy ostatniej gałęzi ratunku. Samotnej odrębności.

Karzesz mnie milczeniem, nieodzywaniem się, niebyciem. Karzesz za ojca, matkę, za skurwiałe dzieciństwo. Nie umiesz inaczej. Zrozumiałam, że swoją miłością nie zakleję wyrwy w twoim sercu po tym, czego nie było. Że wszystkie moje starania, moje kochania, moja cała ja nie wypełnię tego, co nigdy nie było wypełnione. Marzę, że przyjeżdżasz, że jesteś, że chociaż przez chwilę mamy takie święta, jakie sobie obiecujemy, a jakich wiemy, że nie jesteśmy w stanie sobie dać. Podobno najbardziej ucieka się przed tym, czego się pragnie. Szukając spokoju, rodziny, ciepła i bliskości potrafisz nie odzywać się całymi dniami, jakby ciebie nie było, jakbym nie zasłużyła. Więc ja jestem tu, ty tam, niewiadomogdzie. Od pewnego czasu jesteśmy we trójkę. Bzdura, przecież zawsze byliśmy we trójkę. Wtedy to był twój trójkąt, na twoich zasadach. Teraz moja przeszłość dopadła mnie pod postacią strachu. Strachu przed tym co nieuniknione, gdzie żyjąc myślimy, że nigdy się nie wydarzy. Bo jak żyjemy, to jesteśmy, gdy nie żyjemy, to już nas nie ma. No więc dopadł mnie strach przed niebyciem, przemycam ci ten mój strach pod postacią Jego. On przyszedł do mnie mówiąc, że nie ma nieśmiertelności. Przychodzi do mnie w snach. Codziennie. On walczący o każdy poranek i noc każdą już wie, że warto żyć. Że żyć trzeba, bo jutro potrzeba życia może stać się mrzonką. Sączę ci ten jad do ucha, karmię moimi snami, namawiam do wysysania każdej minuty, sekundy tego, co nazywasz gównianym istnieniem.

Jesteś pomiędzy. Jedyny stan skupienia, który znasz. Tęskniąc za przeszłością, wymyślając przyszłość zdychasz w teraźniejszości. Teraźniejszość jest dla ciebie obca i niemiła, nie umiesz się w niej poruszać, chciałbyś żeby zniknęła, otulając cię bezpiecznie swoją kołdrą tak, żebyś mógł marzyć. O tym co było. Albo o tym co będzie. Ja też mam być pomiędzy. Pomiędzy światami. Pomiędzy jest a nie ma. Mam być taka, jak mnie sobie wymyśliłeś. Albo żeby nie było mnie wcale. Niestety przeszłości nie da się wymazać pomocną gąbką, więc jedyne pomiędzy jakie jest dostępne to sieć. Sieć zmysłów, siatka domysłów, pajęczyna znaczeń, nic nieistotnych powiązań. Internet. Siedzę tam sobie, po drugiej stronie ekranu. Wciśnięta między marzenia a świat realny. Ale w świecie realnym nie dorastam marzeniom do pięt, więc lepiej żebym nie ujrzała światła dziennego. Już tam byłam, nie zdałam egzaminu.

Tęsknię za bliskością. Którą powoli zabijam w sobie. Porozumienie dusz i ciał, które tak dobrze nam wychodziło już nie wyjdzie. Postanowiłam je zabić szybkim cięciem. Nie, to ty je zabijasz. Ucinasz swojego kutasa we mnie za każdym niesłowem, niespojrzeniem, niegestem. Tylko ból jest prawdziwy. Piekący niepokój, że jednak los postanowił ze mnie zakpić. Ze mnie, która jest duża, silna, niezniszczalna. Która miała mieć wszystko, a nie ma nic. Nie czekaj, ma wszystko, nie ma Ciebie…

Nigdy nie myślałeś o nas MY, ja zawsze. Muszę przestać, żadnego MY nie było i nie będzie. Mgliste obietnice przytulenia, kradzione pocałunki. Łaszę się o jeszcze. Łaszę jak bezdomny kot, a ty besztasz. Przestań, to nie przystoi. To bzdura. Świat składa się z takich bzdur! Mój świat do cholery to są setki bzdur ulepione w jedną całość. Całość która daje obraz mnie. I Ciebie. Żebyś był taki, jak nie jesteś.

Nie. Umiesz taki być. Nie chcesz. Czasami myślę, że maska twardego skurwiela, którą przybrałeś skrywa wrzeszczące dziecko, którego nikt nie kocha. Czasem maska spada. Widzę prawdziwego ciebie. Wiesz, że wiem, może właśnie dlatego trzeba mnie zabić. Trzeba zabić tę miłość. Bo nie powoduje motyli w brzuchu i łaskotania w sercu. Tylko drgawki i nieznośne bóle tam w dole. Wiem o tobie najskrytsze sekrety, tajemnice, które czytam z twoich zmarszczek, strachy, które wyczytuje w spojrzeniach. Wiem, jak twardnieje twoje ciało, gdy się boisz. I jak robi się lepkie i miękkie, gdy chcesz udawać twardziela.

Chciałabym, żebyś zrozumiał. Ale moja umiejętność nauczania trafia na kiepską glebę. Sam chciałbyś zrozumieć, ale nie potrafisz. Twoja rozpaczliwa potrzeba bycia kochanym, bycia ważnym dla ojca, który cię nie widział i matki, dla której jedynym wkładem w posiadanie dzieci było ich karmienie jest jak głód, którego nie zaspokoją talerze placków ziemniaczanych. Nienawidzisz, jednocześnie zwinięty w kłębek tęskniąc za miłością. Której nie umiesz dać. I nie umiesz zabrać.

Ps. Ten tekst ma prawie rok. Dziś kiedy go czytam czuje się tak samo pusta, samotna i bezradna jak wtedy, kiedy go pisałam. Jak wtedy, kiedy wyszłam z Jego domu wiedząc, że już nie wrócę. Zawsze będzie moją największą miłością. Bo każdy w swoim życiu ma kogoś, komu musi pozwolić odejść…

Przeczytaj również