fbpx
Ona & On

Ty jego, on ją, ona jego czyli anatomia zdrady i co ci do tego

8 lipca 2013

Przeczytałam niedawno jeden z najgłupszych tekstów roku. Poliamoria czyli piękna etykietka uzasadnienia kurewstwa. Chcesz sypiać z kim popadnie, a najlepiej z 5 osobami na zmianę – ok, ale nie wynajduj dla tego specjalnego nazewnictwa. Kiedyś tacy ludzie mieli bujne życie seksualne albo byli rozwiąźli. Dziś nazywa się to poliamorią, czyli mają po prostu pojemne serduszka i nie mogą chodzić do wyra w jednym czasie z jedną osobą. Bo tak są skonstruowani, biedactwa.

W ogóle ostatnio zdradzamy się na potęgę. Pamiętam taką rozmowę sprzed wielu laty z kimś, kogo oczywiście już nie ma koło mnie. Zadaliśmy sobie pytanie – ot, retoryczne. Czy większą odwagą jest odejść, gdy pozna się kogoś nowego, czy udawać, że się nic nie dzieje. I jaka jest definicja zdrady? Czy dopiero wtedy, kiedy weźmiesz do buzi albo ściągniesz przed nim majtki, czy te szczęśliwe na pozór rodziny, gdzie w głowach mamuś i tatusiów kłębią się czasem grzeszne myśli to też jest nie fair?

Od tego nie można uciec. Owszem wybierając drogę mojego ex można zaliczać wciąż wersję demo, kiedy nie mamy szans dojść do momentu, gdy drugą osobę znamy na wylot albo nadchodzi poważny kryzys i trzeba sobie z nim radzić. Następny, następna, wszak nas całkiem sporo na świecie. Ale to droga tylko w jednym kierunku. Którą wybrał jeszcze inny ex. Kończąc sfrustrowany z butelką w jakiejś zapadłej dziurze, gdzie firma zesłała go po licznych ekscesach. Bo już wszystko widział, wszystko przeżył i wszystko przeleciał. Życie stało się przewidywalne.

No właśnie i tu dochodzimy do sedna sprawy – czy przewidywalność sprawia, że zdradzamy? Czy kryzysy, które pojawiają się w związku i osoba, która pojawi się w odpowiednim momencie, odpowiednim czasie i przez chwile wydaje nam się, że nas rozumie? A jeśli tak, to która zdrada bardziej się liczy, ta fizyczna, czy fakt, że mieliśmy ochotę, ale nie ulegliśmy? A jeśli każdy ma takie dylematy, to przecież związki są gówno warte…

Nie jestem święta, nigdy nie byłam i już mi raczej nie grozi. Zdradzałam i byłam zdradzana. Ale zawsze miałam odwagę odejść, gdy coś zaczynało się dziać, chociaż nie wiem, czy dziś nazwałabym to odwagą czy kurewstwem. Szukałam miłości totalnej, takiej z podręcznika, love story i najtańszego romansidła, bo wydawało mi się, że to uchroni mnie od, no właśnie… zdrady. Wszelkiego syfu, który się w związkach pojawia. Nie uchroniło.

Można wybaczyć zdradę? Pewnie tą fizyczną łatwiej, w końcu to tylko chwila, mgnienie, szaleństwo ciał. Emocjonalnej nie wybacza się nigdy. Bo czy można wybaczyć to, że jednego dnia on mówi jej, że jest dla niego najważniejsza na świecie, by potem przyjść i powiedzieć to tobie?

Zdrada jest jak jad, który wlewa się do twojej głowy i serca i zostaje tam już na zawsze. Wiesz, na jakie ściemy zwrócić uwagę, bo sam tymi ściemami kiedyś kogoś karmiłeś. Zdrada rodzi strach, najgorszą z ludzkich emocji. Strach o to, że to się znowu wydarzy i trzeba dużo cierpliwości i mądrości, żeby go obłaskawić.

Dzisiaj wiem jedno – na zdradzie nie można zbudować szczęścia. Ja nie zbudowałam swojego, nie zbudowali go inni wokół mnie. Znam faceta, który po kilkunastu latach małżeństwa zakochał się w koleżance z pracy. Miał być gorący romans, z tym, że on był w gorącej wodzie kąpany. Chciał odejść od żony i dzieci, ona niby też chciała. Ostatecznie on odszedł, ona jednak wciąż „kochała” męża (albo jego kasę). Pozostał niesmak, urażona duma, kawalerka i widywanie dzieci w weekendy. Do pracy nawet nie bardzo jak było iść, bo wszyscy wiedzieli i jedyne co mogłeś zrobić, to albo ty udawać albo oni.

Więc jednak może opłaca się udawać, że jesteśmy szczęśliwi w związkach? Albo zdradzać po cichu, nie licząc na rewolucję i wielkie porywy serca…

Przeczytaj również