Kultura, Ona & On

Kochaj najlepiej jak potrafisz – recenzja

9 lutego 2020

Jeśli wpakowaliście się kiedykolwiek w toksyczny związek, albo co gorsza macie skłonności do nich, tak książka od dziś powinna być Waszą biblią i drogowskazem. Od pierwszych stron Stefanie Stahl rozbraja bowiem trudne relacje, punkt po punkcie tłumacząc nasze konkretne zachowania. Czuję się jakbym czytała swoją biografię, a co najważniejsze książka jest napisana tak przystępnym językiem, że nie musisz mieć doktoratu z psychologii, żeby ją zrozumieć. Na końcu są ćwiczenia, które mają przynieść zmianę. Bo wszak na zmianie nam zależy prawda? Nie na mówieniu w kółko jestem jaka jestem, przyciągam złych ludzi i moje związki są do dupy.

Wiele czasu mi zajęło zrozumienie i pogodzenie (częściowe chociaż, mam nadzieję) z faktem, że nasze umiejętności wchodzenia w relacje wynosimy z domu. I to jest najgorsze, bo większość rzeczy koduje się w okresie 0-6 czyli nie mamy na to absolutnie żadnego wpływu! Co ciekawe jak opisuje Stefanie czasem i nasi rodzice niewielki. Sporą rolę odgrywają tu też geny! To one w istotny sposób określają nasze cechy charakteru, nasze skłonności, sympatie czy antypatie. Decydują też o naszym programie więzi i autonomii (o tym za chwile, bo w sumie na tych dwóch zagadnieniach opiera się cała lektura). Geny wpływają również na doświadczenie naszego poczucia wartości. Stefanie pisze, że ważną rolę odgrywa tu również tzw. dopasowanie rodzic-dziecko. Czyli w sytuacji, w której matka potrzebująca dużo miłości rodzi dziecko, które potrzebuje mniej przytulania i czułości może czuć się sfrustrowana, co utrudnia jej nawiązanie więzi z dzieckiem. W sytuacji, gdy matka jest mało empatyczna może nie zauważyć, że dziecko tego potrzebuje mniej i zalewać je swoją czułością, co bezbronny maluch będzie musiał znosić, przez co wyrobi w sobie silną potrzebę autonomii i wolności i będzie reagować wręcz alergicznie na bliskość ze strony partnera. Ludzie, którzy cierpią na lęk przed związkiem często przychodzą na świat jako osoby rozsądne i rzeczowe. A ci, którzy są spragnieni bliskości i miłości, rodzą się już jako istoty szczególnie potrzebujące uczuć i harmonii. Także widzicie, obserwowanie związku rodziców to jedno a drugie to coś, z czym się po prostu rodzimy. Jeden potrzebuje więcej bliskości inny mniej a zachowanie rodziców w stosunku do dziecka jeszcze może to potęgować.

Ale od początku. O co chodzi z ta potrzebą więzi i autonomii? Stefanie pisze, że potrzeba więzi i przynależności oraz potrzeba bycia człowiekiem wolnym i niezależnym są podstawą naszej egzystencji. Od czasu bycia noworodkiem najważniejszą potrzeba jest ta budowania więzi, a więź i zależność łączą się ze sobą, przecież noworodek nic nie umie zrobić sam. Jedynym wyrazem jego autonomii jest krzyk i tylko w taki sposób wpływa na swoich rodziców. Jeśli oni na ten krzyk nie reagują, to dziecko zaczyna mieć przekonanie, że jego działanie jest nieskuteczne i nie może samo wpływać na swoje życie. Widzicie, jaki to jest bagaż?! Tak przy okazji zastanawiam się, jak zimny wychów z czasów PRL wpłynął na nasze popieprzone związki teraz. Brak karmieni na żądanie i ignorowanie płaczu dziecka mogło mieć kolosalny wpływ na nasze życie. W każdym razie jak dziecko dorasta zmierza do tego, żeby być istotą całkowicie autonomiczną. Wszak nie chcemy do końca życia być zależni od rodziców. Tak więc przez całe życie balansujemy pomiędzy tą więzią czyli budowaniem relacji z innymi i autonomią, czyli nasza samodzielnością i odrębnością. Samostanowieniem.

No i tu powoli dochodzimy do związków. Stefanie pisze, że aby jakiekolwiek relacje międzyludzkie mogły być udane powinniśmy umieć się zarówno dopasowywać jak i wyrażać własne zdanie. To pierwsze służy naszej potrzebie więzi, to drugie z kolei potrzebie autonomii. Bo jeśli nie umiemy się dopasowywać, nie będziemy umieli zbudować żadnej więzi (mam w swoim otoczeniu jeden przykład i to absolutna prawda!), a jeśli będziemy mieli problem z wyrażaniem własnego zdania stracimy siebie. Osoby, które się nadmiernie dopasowują w relacji, tłumią swoje potrzeby i pragnienia, chcąc jak najlepiej spełniać oczekiwania partnera, bojąc się, że utracą więź. Zdarza się również, ze osoba nadmiernie się dopasowująca postępuje odwrotnie, unikając bliskich relacji lub po chwilach bliskości wytwarzając dystans. To również jest objawem lęku przed związkiem. Wytwarzanie dystansu bowiem pozwala na ratowanie wolności osobistej. Otóż cały problem w relacjach polega na tym, żeby stworzyć z kimś dobry związek, bez zatracania w nim siebie. Umiejętnie wyznaczać granice, nie raniąc przy tym partnera i własnego ja, bez konieczności nieustannego dopasowywania się.

Autorka podkreśla (co my już dobrze wiemy, prawda?:)), że oprócz potrzeby więzi i autonomii mamy ogromną potrzebę akceptacji. Czyli ważna jest tu rola samooceny, która również wpływa na nasze relacje. Osoby potrafiące wyrażać własne zdanie i o silnej samoocenie wchodzą w stabilne, zdrowe relacje. Ale jeśli chociaż trochę ta samoocena jest nadszarpnięta, wówczas dochodzą do wniosku, że muszą się starać, aby być kochanym. Bardzo często nadmiernie, o czym pisałam Wam w różnych moich tekstach. Kobiety, które przychyliłyby facetom nieba, które chcą ich naprawić, uleczyć, dać im wszystko, żeby ich uszczęśliwić to w większości kobiety nie lubiące siebie. Niepewne. Nie kochające siebie tak, jak potrzeba. Stefanie pisze, że ludzie bardzo często mają problem, żeby być w relacjach autentyczni. Ukrywają część siebie, wypierając pewne uczucia, nie wyrażają swoich potrzeb, przyjmują określoną rolę, unikając konfliktów czy zamiatając problemy pod dywan. Nie czują się na równi ze swoim partnerem, lecz roją sobie, że w jakiś sposób są mu podporządkowani. Stajemy się ulegli wobec partnera, aby zaspokoić potrzebę więzi tracimy nasza autonomię. To zaś, kto znajduje się na pozycji dominującej, a kto na podporządkowanej, zależy nie tylko od samooceny człowieka, lecz także od tego, jak pewnie czuje się w związku. Może więc się zdarzyć, że zakocha się w sobie dwoje ludzi z niestabilną samooceną, którzy teoretycznie są ze sobą na równi. Ale wtedy często bywa tak, że jeden z partnerów chroni swoje niestabilne poczucie własnej wartości, utrzymując dystans wobec drugiego, a więc uciekając w niezależność, podczas gdy inny się dopasowuje i bardzo zbliża się do partnera, odczuwając silną potrzebę więzi. Znajome? Wszak bardzo często zdarza się, że im bardziej za kimś biegniemy, tym bardziej ucieka. Czy kluczem do dobrej relacji w takim przypadku jest znalezienie sposobu na uciekającego i również wytwarzanie dystansu? Nieodbieranie telefonów. Niebiegnięcie za kimś. Zachowanie, które spowoduje, że będzie się czuć niepewnie. Na krótsza metę jasne. Ale na dłuższą to męczarnia. Jedynym sposobem jest praca obojga nad sobą.

Stefanie dalej pisze, że w relacjach z rodzicami zdobywamy pierwsze doświadczenia więzi i autonomii. A ponieważ nasz mózg rozwija się najsilniej przez pierwsze 6 lat, to wtedy dostajemy zakodowaną mapę, z którą poruszamy się w przyszłości. Trochę straszne prawda? Tłumaczy to na przykładzie Julii i Roberta, który jest żywcem wyjęty z mojego życia. Nawet imię się zgadza.

Julia od dwóch lat spotyka się z Robertem. Często czuje się samotna w związku. Po okresie początkowego zakochania Robert zaczął się od niej coraz bardziej oddalać. Dużo pracuje i ma dla Julii mało czasu. A nawet gdy są razem często sprawia wrażenie zestresowanego i mentalnie nieobecnego. Julia cierpi w tym związku silny lęk przed utratą i robi wiele, aby mocniej przywiązać Roberta do siebie, usiłując mu się przypodobać. Julia wspomina swoich rodziców z miłością. Ale byli oni osobami publicznymi, często przebywali poza domem i wtedy opiekę przejmowały nianie. Dziewczynka często czuła się samotna i okropnie tęskniła za rodzicami. Ta mała Julia ciągle siedzi w dorosłej kobiecie jako jej tzw. wewnętrzne dziecko. „Wewnętrzne Dziecko” jest metaforą dla tej części osobowości, która ciągle nieświadomie powraca do starych, dziecięcych wzorców zachowania (dalej uważacie, że wszystko zależy od nas i wszystko robimy świadomie😊).Dystans Roberta przywołuje na pierwszy plan wewnętrzne Dziecko Julii – czuje się wiec tak samo samotna i bezbronna jak wtedy, gdy jej rodzice przebywali gdzieś daleko. (…) Robert jest domem dla własnego wewnętrznego Dziecka. Matka ubóstwiała go i trzymała blisko siebie. Mały Robert miał często samopoczucie, że nie może mamy zostawić samej, a potęgowała to częsta nieobecność ojca w domu. Chłopczyk odnosił wrażenie, że jego mama czuje się samotna i nieszczęśliwa i nieświadomie przejął za nią odpowiedzialność. Zatem związek kojarzy mu się z przywiązaniem i poczuciem winy, którą miał też wtedy gdy spotykał się z przyjaciółmi, zamiast siedzieć w domu z mamą. Dlatego w tej relacji się dusi. Julia walczy o więź. On o autonomię.

W dalszych rozdziałach autorka opisuje kolejne mechanizmy Roberta i Julii i ich wzajemną walkę. Obala też to, o czym od zawsze mówię. Często lubimy zwalać winę na los. A to my sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze relacje i ludzi, których wybieramy. Zdecydowanie za rzadko zadajemy sobie pytanie, dlaczego wybraliśmy akurat te osobę. Dlaczego z nią jesteśmy. Pochyla się też nad wiecznymi singlami i ich strachem przed relacją. Bo nasza podświadomość czyli nasze Wewnętrzne Dziecko znacząco wpływa na to, w kim się zakochujemy a w kim nie.

Wracając do Julii i Roberta jak już wiemy ona ma zachwianą równowagą na rzecz potrzeby więzi. Julia ma wszystkie umiejętności, by się związać i dopasować – jest w niej potrzeba harmonii, gotowość do kompromisów, bardzo się stara, by wszystko robić dobrze i spełniać oczekiwania Roberta. Ale ma problem związany z niezależnością i samotnością. Tęskni za silną ręką, która ją przeprowadzi przez życie, wtedy się będzie czuła bezpiecznie. Dlatego szuka tego, czego jej samej brakuje – siły i niezależności. To bije od Roberta, co sprawia, że w jej oczach jest niezwykle atrakcyjny. Z kolei wewnętrzne Dziecko Roberta boi się nadmiernej bliskości. Szybko czuje się zagarnięte i zmanipulowane. Najbezpieczniejsza opcja dla Roberta to poleganie na samym sobie. Jego równowaga jest zaburzona na rzecz autonomii. Lubi takie kobiety jak Julia, które promieniują ciepłem, ponieważ jego wewnętrzne dziecko odczuwa wprawdzie lęk przed więzią, ale jednocześnie bardzo za nią tęskni. Julia mówi o sobie, że lubi „zimnych facetów”, bo miłych i czułych uważa za nudnych ( znamy to prawda?:).
Jaki jest sposób? Oboje muszą zmienić swoje schematy! Julia musi się nauczyć większej samodzielności i niezależności, wówczas przestanie tego szukać w facetach a Robert pozbyć swojego lęku przed bliskością.

Autorka podaje jeszcze jeden wzorzec – jeśli jesteśmy pewni przychylności swojego partnera, traci on dla nas swoją atrakcyjność. A jeśli partner nas utrzymuje w niepewności jesteśmy w nim zakochani i pobudzeni seksualnie. Mówi też o aktywnych i pasywnych partnerach, gdzie w naszym przykładzie pasywnym jest Julia, która się trzyma kurczowo Roberta a on aktywnym. Co ciekawe role, które przyjmujemy w relacjach mogą być zamienne. Jeśli ona by się od niego odsunęła, on prawdopodobnie by o nią walczył. Mój Robert najbardziej mnie kochał, gdy szłam sobie w jasną cholerę, a miał mnie dosyć, gdy tkwiłam u jego boku. Im bardziej byłam wredna i niedostępna, tym bardziej mnie chciał i pożądał. Stefanie opisuje, że Julia przed Robertem miała chłopaka i w tej relacji to on był bardziej przywiązany, co z kolei ją zniechęcało, bo odbierała to jako poczucie słabości.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż póki nie czuje się w związku pewnie, póty lęk przed utratą autonomii jest stłumiony, a lęk przed porzuceniem nasilony. Innymi słowy w mózgu jest aktywny system więzi. Aktywny system więzi chce koniecznie przywiązać do siebie wybraną osobę i znajduje się nieustannie w stanie najwyższego alarmu. Człowiek jest wtedy napędzany lękiem przed porzuceniem i chce zrobić wszystko, aby zdobyć nad tym kontrolę. Aktywność systemu więzi wytwarza następujące „symptomy”:

Czujemy się bardzo zakochani i napaleni na partnera

Nie myślimy o niczym innym, tylko o partnerze

Idealizujemy partnera i stawiamy go na piedestale

Niestrudzenie wierzymy w happy end i w to, że nasz partner wreszcie

odpowiednio silnie zaangażuje się w nasz związek

Próbujemy przekonać do siebie partnera za pomocą różnych tricków i dążenia do perfekcji

Udajemy obojętność, albo pragniemy wzbudzić w partnerze zazdrość, aby go wreszcie złapać

Żyjemy w nieustannej niepewności i lęku przed utratą partnera, co może nas wpędzić w głęboki smutek

Czujemy się podlegli partnerowi i uzależnieni od niego

I to uaktywnienie systemu więzi odczuwamy jako stan wielkiego zakochania. A to nie ma nic wspólnego z miłością. Miłość jest uczuciem pewnym, głębokim i spokojnym.

Tyle Stefanie. Polecam książkę z całego serca, ja jestem dopiero w połowie, jeszcze przed ćwiczeniami. Ale już widzę, że będzie to niesamowita przeprawa. Nie dość, że przeczytałam o całej mojej poprzedniej relacji, to widzę wiele analogii do związku obecnego, gdzie ja weszłam w zupełnie inną rolę. Chciałam mieć kogoś dobrego. I mam. Tylko zaczynam się zachowywać zupełnie jak on. Bo to nie jest mój wzorzec. Mój partner jest w tej relacji goniącym a ja uciekam. Teraz rozumiem też, jak mój ex powiedział, że spotkał po mnie kogoś, kogo kochał bardziej. Wystarczy, że wszedł w relacji w odwrotną rolę. To on zaczął gonić za kimś niedostępnym, co go napędzało do granic możliwości. Leżąc w łóżku w nocy często zastanawiam się, czy nie byłoby mi łatwiej bez tej świadomości. Wszak ludzie wchodzą w relacje, pierdolą sobie życie i nie zastanawiają dlaczego. Próba odkodowania mojej mapy zajęła mi ostatnie kilka lat. A jestem może w połowie drogi. Mam nadzieję, że jak już wszystko pojmę i wszystko przepracuję będę w stanie stworzyć w końcu szczęśliwą relację z samą sobą, co da mi podwaliny pod zdrowy związek.

Cytowane fragmenty pochodzą z książki „Kochaj najlepiej jak potrafisz. O sztuce bycia razem” Stefanie Stahl w przekładzie Sylwii Miłkowskiej i Anny Grysińskiej wydanej przez wydawnictwo Otwarte.

Przeczytaj również