Myśli zebrane

Rodzina winą silna

6 października 2019

Najbardziej lubię, gdy jestem sama. Jestem socjalna do bólu, pewnie dlatego, że lubię się przeglądać w cudzych obliczach. Ale to w ciszy znajduje ukojenie. Wypadam wtedy z zaklętego koła wiecznych oczekiwań. Bycia najlepszą córką, najlepszym pracownikiem, najlepszą dziewczyną, kochanką, człowiekiem. A ja chcę być tylko sobą…

Wracając dzisiaj z domu pełnego złych emocji doszłam do wniosku, że bulimia wcale nie była moim sposobem na schudnięcie. To mechanizm, który wypracowałam sobie na rozładowywanie emocji, które się gromadziły pod wpływem zachowań moich i rodziców. Wystarczyło, że pierwsze o czym pomyślałam wychodząc z domu dziś to to, że mam ochotę się porzygać.

Za każdym razem, gdy tam jestem przypominam sobie, kim jestem i co mnie czeka. Przeglądam w lustrze, którego nie chcę widzieć. Rodziny są przereklamowane. Wracam rozedrgana, bo non stop ze sobą walczę, chcąc nie sprawić im przykrości i spełnić ich oczekiwania. Rozedrgana pomiędzy tym, kim jestem, tym kim chcę być a tym, kim być powinnam. Jestem zlepkiem cudzych pragnień i własnych lęków, żeby nie stać się tym, kim mnie zaprojektowano. A może wszystko, co w życiu robimy jest tylko wynikiem poczucia winy, które nosimy w sobie?

Poczucie winy pcha nas w związki. Kariery. Dzieci. Zlepek wszystkich win. Naleciałości. Oczekiwań. Obowiązków wobec najbliższych i naszego życia, które zostało zaprojektowane w ich głowach. Ja wiem, że dopiero od jakiegoś czasu zwraca się uwagę na to, co mówić do dzieci, żeby ich nie projektować. Bo tak, to Wasz największy i najważniejszy projekt. I cholera nie mam pojęcia, co z takich dzieci wyrośnie. Może będą jeszcze bardziej popierdolone niż my sami. Podam Wam przykład. Mój ojciec umył mi i zatankował auto. I to jest super, serio. Chociaż za każdym razem jak sobie pomyślę, że przecież o to nie prosiłam, to pojawia mi się nad głową czerwona lampka „ty niewdzięcznico!”. Innych rodzice nie żyją, piją albo mają dzieci w dupie, a Ty wymyślasz. Tylko, że to moje życie i moje odczucia…

Mógł mi po prostu dać kluczyki, a ja ucieszyłabym się z niespodzianki. Tylko wtedy, nie mógłby zakomunikować, że umył i zatankował mi samochód, oczekując poklasku dla swoich działań. I nie omieszkał nadmienić, że mu przykro bo nie dbam o samochód, bo mogłabym umyć, poodkurzać czy co tam jeszcze się z samochodem robi. Tylko, że ja raz mam lepsze zajęcia, dwa nigdy nie będę miała takiego podejścia do aut jak on, bo dla mnie to tylko środek transportu, trzy nie mam na to czasu. No ale poczucie winy gotowe. Jesteś chujowa i nie umiesz dbać o auto. Widzicie, jak to działa? A niby to pierdoły. To pomyślcie, że pieprząc różne rzeczy przez 18 lat życia swoich dzieci i więcej jesteście w stanie zrobić im w mózgu niezłe bagno. Serio.

Moi rodzice się nie kochają. Jak można oczekiwać od dziecka, że będzie ich kochać, skoro nie nauczyli go kochać? Jak można oczekiwać od dziecka dobrych relacji, skoro nie wie czym jest miłość? Moi rodzice grają ze sobą w gry, w które gra większość związków i ludzi w relacjach, nie zdając sobie do końca sprawy z tych mechanizmów. Świetnie mechanizm analizy transakcyjnej i gier np. gdyby nie ty czy patrz, jak bardzo się starałam opisał Berne w książce W co grają ludzie, ale może o tym kiedy indziej. Mając problem sami ze sobą uczynili ze mnie i brata nieformalnych sojuszników w walce podjazdowej, a że jest nas dwoje łatwo było podzielić. Tylko, że ten sojusz odbił się czkawką na nas, bo od ponad roku nasze relacje są więcej niż gówniane.

W efekcie zamiast spędzić z nimi czas, bo i tak mam poczucie, że spędzam go za mało a nie jesteśmy już coraz młodsi, mam beznadziejny weekend. I oni też. Bo ja nie umiem na pewne sytuacje przymknąć oczu, a napięte do granic możliwości emocje w ich domu wpływają na mnie ogromnie. Przeżywam stany, których już nie chcę przeżywać. I nie muszę. Bo zamiast uciec do swojego pokoju, mogę uciec do swojego domu. Tylko nie tędy droga.

Kiedyś przeczytałam, że każda rodzina jest dysfunkcyjna. Jedni pewnie za cenę pieniędzy, obiadów czy czego tam mogą przymknąć oczy na pewne rzeczy. Inni czują się tak samotni, że potrzebują otoczenia rodziny. Nawet jeśli po takim weekendzie czują się zmęczeni jak po maratonie. Jeszcze inni jeżdżą z obowiązku na święta. Ja wracam, będąc kłębkiem poczucia winy. Że powinnam przymknąć oko na to, jak się do siebie odnoszą. Że już za późno, żeby ich czegoś nauczyć. Że są gorsze rodziny. I lepsze dzieci niż ja. A tylko chciałabym, żeby było fajnie. Zamiast gry pozorów i szopki, którą odstawiamy przed sobą. Bo ten rodzaj samotności jest podobny do samotności w związku. Niby wiem, że do mnie przyjadą, jak mi tramwaj upierdoli nogę, a ja będę się nimi opiekować na starość. Ale czy na pewno tylko o poczucie obowiązku i poczucie winy chodzi?

Przeczytaj również