Ona & On

Kolejny dzień w raju

28 października 2019

Przyszedł do mnie kilka dni temu. Zawsze do mnie przychodzi, jak jest nawalony. Sławny pan w pewnej dziedzinie z jeszcze sławniejszym ego. Udający pewnego siebie, będąc jednocześnie kupką kompleksów, szukając komplementów i pytając czy go lubię. Przeglądając się w każdych oczach, w których może się przejrzeć.

Sam się do mnie odezwał. Przyszedł do mnie nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co i zaczął komplementować na każdym kroku. Każdy wpis, każdą myśl. Dawał, dawał i dawał. A ja brałam, choć wiedziałam, że w świecie dorosłych ludzi nie ma bezinteresownych głasków. I nie w takiej ilości. I że wszystko ma swoją cenę i będę musiała za nie zapłacić. Bo być może mam coś, czego on potrzebuje.

Nie znam się na technikach wywierania wpływu, tych świadomych, bo przecież podświadomie każdy manipuluje. Ale gdybym się znała, to powiedziałabym, że każde jego zdanie było skonstruowane tak, żeby wywołać zamierzony efekt. Tylko, że on pomyślał, że trafił na tępą dzidę, która pisze sobie o chłopcach, którą łatwo uwieść. A trafił na mnie.

On jeszcze nie wie, że jestem WWO. A osoby wysoko wrażliwe wyczuwają każdą nieścisłość, każde odstępstwo. Ich mózg rejestruje zmiany niewidoczne dla ludzkiego oka pomiędzy tembrem głosu, mimiką, mową ciała. I wie, że coś jest nie tak. Jedni nazywają to intuicją. WWO płacą za to nieprzeciętną wrażliwością, która czasem rani ich do krwi.

Najpierw się zdziwiłam. Bo zaprosił prawie sławną blogerkę do współpracy. I pomyślałam, że to trochę tak, gdybym grała w osiedlowym teatrze i Brad Pitt przejazdem zapytał mnie, czy nie chcę zagrać głównej roli w jego filmie. Potem mi napisał, że bardzo chętnie mnie pozna. A w ogóle to mam borderline i jestem narcyzem. Na co się wkurwiłam, no bo może mam, ale ktoś, kto jest obcy nie ma prawa tak o mnie mówić na podstawie moich tekstów. Bo tylko ja wiem, gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością.

Mogłabym napisać, że zechciał mnie uwieść. Tylko co z tego i co to za wyzwanie? Wszak nie jestem Angeliną a on jednak nie jest Bradem. Facet, który opowiada na prawo i lewo, że może mieć każdą nie musi mieć mnie. Chyba, że?…

Najpierw zaprosił mnie do siebie. W środku tygodnia, zawodowo. Potwierdziłam przyjazd. Potem przełożył, zapraszając w czwartek do Trójmiasta. Potem odwołał, zapraszając mnie w piątek wieczór do Wrocławia. Serio, ja nie jestem głupia. I jednak wyczuwam pewne subtelne znaki i aluzje, chociaż na moją próbę podjęcia tej gry szybko się wycofywał, obiecując, że spotykamy się tylko zawodowo. Gdy jechałam na spotkanie pierwszy raz napisał mi, że jestem fajna. Tak po prostu. Na co ja odpaliłam, że wszyscy moi byli mówili tak na początku. Odrzekł, że mogę się czuć bezpieczna w tym zakresie, bo on nie pretenduje. A potem epicko się nastukaliśmy.

Wiem, że mnie obserwował. Chociaż nie zdradził się ani słowem na temat mojego wyglądu. Rozmawialiśmy o moich związkach, moim dzieciństwie i jego życiu. Bardzo dużo mówił o sobie. Swoich pasjach, swoim życiu, pracy, wyjazdach, podróżach. Ani słowem nie zająknął się na temat rodziny czy dzieci, aż w końcu sama zapytałam. Trochę mi jej żal, ale każdy ma to, co sobie wybiera.

Zapytałam w końcu, po co się spotykamy. I opowiedział mi o projekcie bardzo mglisto. Na tyle, żebym wiedziała, że jest wymyślony. A potem znów zaczął opowiadać o sobie, cały czas usiłując mi wmówić, że jest szczęśliwy i spełniony.

Ale spełniona osoba nie wdaje się w romans, mając szczęśliwą rodzinę. Spełniona osoba nie pakuje prawie znanej blogerce języka do ust i nie pyta, czy go wezmę do domu. Spełniona osoba nie pyta co kilka dni, jak sięga wieczorem samotnie w hotelu po kolejną butelkę wina prawie znanej blogerki, czy go lubi i czy boi się romansu z nim.

Bo prawie znana blogerka widzi więcej, niż się wydaje.

Nie lubię kłamstw i iluzji. Szczerość jest moją bronią. I choć czasem zakładam maskę uśmiechniętej dziewczyny z sąsiedztwa, żeby nikt nie zauważył mojego smutku i mnie nie zranił. To nigdy nie zakładam masek, żeby uchodzić za autorytet. Albo kogoś wykorzystać.

Przeczytaj również