Myśli zebrane

Stany urojone

24 maja 2019

Chyba staję się coraz bardziej podobna do Niego. Teraz wiem, co musiał czuć, gdy chciałam mu dać cały świat i pokazać, że wszystko będzie dobrze. Kiedy oswajałam go krok po kroku, patrząc, jak warczy. Niedowierza. Boi się. Już rozumiem, co miał w głowie, gdy pojawiłam się w jego życiu. Spotkaliśmy się w nieodpowiednim momencie. Tylko, że mój nigdy by nie nastał bez Niego.

Przez większą część swojego dorosłego życia w relacjach wchodziłam w rolę opiekuna. Wstawałam rano i robiłam kanapki. Głaskałam po głowie, gdy komuś było smutno. Pomagałam uwierzyć. W siebie. I w nas. Dawałam orgazmy na zawołanie, zapominając o tym co lubię. I że moje potrzeby są tak samo ważne. Najlepiej czuję się w schemacie, gdy zdycham z tęsknoty. Z braku czułości. Z braku kochania, jednocześnie lecąc jak ćma do światła. Jakbym chciała w tej samej chwili powiedzieć sobie, że nie zasługuję. I tak bardzo udowodnić, że coś jestem warta.

Bardzo pięknie jest marzyć o idealnym związku. O kimś, kto o ciebie dba tak, jak chciałbyś żeby dbał. O kimś, kto daje, a nie tylko zabiera. I nie ucieka. I nie zadaje ran. I nie mówi, że chciałby, ale nie potrafi. Że się boi. Że to za dużo wysiłku. Że potrzebuje czasu. Jeszcze piękniej jest taki związek dostać. I tak cholernie nie wiedzieć, co z tym zrobić.

Przez większość moich relacji się bałam. To taki strach, który pozwala ciągle być czujnym. Trzymać gardę. Być przygotowanym na atak przeciwnika. Albo na to, że w każdej chwili musisz stanąć do walki. O niego. O was. Nigdy o siebie. Siebie stawiałam zawsze na szarym końcu.

To taki strach, który jest siłą napędową relacji. Strach i ucieczki. Nie miłość. Nie czułość. Nie bliskość. Lęk o to, że coś się skończy. Że się nie stanęło na wysokości zadania. Lęk, który sprawia, że czujesz się potrzebny, bo dopóki walczysz jesteś coś wart. Czujesz jak pot cieknie ci zimną strużką po plecach. Czujesz napięcie w każdym centymetrze swojego ciała. Ale wiesz, że nie możesz odpuścić, bo wtedy wszystko straci sens.
Aż doszłam do momentu, że nie wiem czego chcę. I kogo. Bo przecież jedyna relacja jaką znam jest oparta na lęku i zabieganiu. Wystarczy, że ktoś zaczyna uciekać. Nieważne, jaki by był. Ważne, żeby był okropny dla mnie. A co w sytuacji, gdy musisz pomyśleć o sobie?

O swoich orgazmach. I o tym, kiedy Ci dobrze. O tym, czego potrzebujesz. Co lubisz. A czego nie. Kiedy przez prawie 20 lat dostosowujesz swoje potrzeby i pragnienia pod sytuację, w której jedynym pragnieniem jest to, żeby sobie ktoś nie poszedł. To kim tak naprawdę jesteś?

Wspaniale jest wiedzieć, jakie schematy tobą kierują. Niezmiernie trudno jest z nich wyjść. Bo to tak, jakby powiedzieć komuś, kto przez pół życia skakał ze spadochronem, że już dosyć. Że już wystarczy adrenaliny. Wrażeń. Świstu w uszach. Że teraz czas na kolarstwo. Albo w ekstremalnych przypadkach na szachy.

Łapię się na tym, że coraz częściej o Nim myślę. Wyszukuje podobieństwa naszych zachowań. To też mechanizm ucieczkowy, który powoduje, że obsesyjnie myślę o byłych, gdy jest mi dobrze. I nie wiem, co z tym zrobić. Dużo łatwiej jest coś rozpieprzyć, zanim się człowiek rozczaruje. Niż czekać w nieustannym napięciu zakończonym – a nie mówiłam. I tak by nie wyszło.

Nie do końca też wiem, jak się zachować, gdy ktoś stara się zamiast mnie. Tego się nie nauczyłam. Ten panel nie jest wgrany. Umiem tylko dbać wtedy, gdy ktoś mnie nie chce. Jak przyjmować troskę. Komplementy. Kwiaty. Jak zmienić pozycję z dawcy na biorcę. Jak brać mądrze, tak, żeby wyrzuty sumienia cię nie zabiły, że zawsze robiłaś tyle, a teraz dużo mniej. I jesteś z tego tytułu okropną partnerką. Jak to wszystko wypośrodkować, nie raniąc drugiej strony i też jej coś ofiarując.

Usłyszałam ostatnio piękne zdanie, że umiejętność zadbania o siebie przydaje się w życiu. Że nie można kochać kogoś bardziej, niż siebie samego, choć kochanie kogoś bez utraty siebie jest trudne. Zwłaszcza dla takich osób jak ja. Przyzwyczajonych do tego, że żeby coś dostać, trzeba sporo oddać. Swojego czasu. Swoich pieniędzy. I siebie.

Jestem jak dzikie zwierzę, które bardzo chce, żeby je ktoś pogłaskał. Podchodzi do ogrodzenia. Nadstawia łeb. Robi wielkie maślane oczy. I gdy ta ręka, która złapała się na jego urok powoli zmierza ku ślicznej głowie przez sekundę przebiega mu myśl. Nadstawić karku i pomruczeć? Czy ugryźć? Bo może wcale nie chce mnie pogłaskać. Tylko uderzyć.

Przeczytaj również