Ona & On

Miłość to takie słowo na M czyli katharsis

14 lutego 2019

Źle zaczęliśmy. Chociaż w miłości to podobno zakończenia są najważniejsze, nie początki. Pierdolone happy endy z tym całym ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Tak, miłość to słowo na m. Wierność, czym jest wierność w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest względne? Uczciwość małżeńska, dla kogo? Dla żony, którą wtedy miałeś czy kobiety od której właśnie odszedłeś. A może lepiej uciekłeś. No więc źle zaczęliśmy. Ludzie, którzy chcą iść ze sobą do łóżka nie powinni ze sobą rozmawiać. Każde budowanie relacji w tej sytuacji jest złe. Naturalniejsze jest ściągnięcie majtek, zrobienie co trzeba i zamknięcie drzwi. Za drugą osobą i za tą historią. Ludzie umawiający się na seks powinni przy tym pozostać.

No więc źle zaczęliśmy. Zaczęliśmy od tego, że spotyka się dwoje ludzi, którzy wcale się nie polubili. Dwoje ludzi z różnych, niekompatybilnych światów. Dwoje ludzi podtrzymujących ze sobą rozmowę z czystej kurtuazji i ciekawości tego, co za zakrętem. Wtedy jeszcze ciekawość była silniejsza od instynktu samozachowawczego. Spotykamy się gdzieś w połowie drogi naszych światów, ja w oparach papierosowego dymu, ty w oparach absurdu. Ty, który wiedziałeś, że mnie nie chcesz, robiąc jednocześnie wszystko, żebym ja chciała ciebie. Więc grasz mi na gitarze w moje urodziny, na środku miasta, na środku zapyziałego rynku zapyziałego miasteczka mi grasz. Zupełnie jakbyś nie wiedział, że te wszystkie romantyczne bzdury to lep na cipki albo wiedział i z premedytacją to wykorzystywał, chociaż jak deklarowałeś wcale cipki nie chcesz. Wiadomo, wszyscy szukamy tego samego, jedni dostają los na loterii inni hiv, w końcu to życie, największe koło fortuny świata. Łapię się na te lepy, a mam się nie łapać. Bo jak się łapię to przestaję być wiarygodna, miałam być do wydymania, a zaczyna się nade mną dumać. Im bardziej mnie nie chcesz, tym bardziej do siebie przywiązujesz. Robisz śniadanie, obiad i tańczysz ze mną w kuchni. Ma nie być seksu, bo deklarujesz, że chcesz inaczej, że związki nie tak powinno się zaczynać. Więc najpierw pijana krzyczę, że zrobię ci laskę na środku miasta, potem ciebie zapakowuje do łóżka i grzecznie idę spać. Idę spać do sypialni na gołe dechy i nie ruszam się całą noc, żeby cię nie obudzić. I nie zawieść. Nie ma być seksu, nie na początku, zakodowane.

Idziemy na spacer, jest zimno, kradniemy sobie pocałunki wiedząc, że to tylko na chwilę. Miałeś jechać zostajesz, chcesz zostać, ale wychodzisz. Jestem skołowana. Podobno rozłożyłam się wyczekująco oczekując tego, co powinieneś mi dać, więc musiałeś wyjść. Ok, każdy czasem musi wyjść recytując Grechutę. Znikasz z mojego życia. Na kilka dni. To jest tak, jakbym zaczerpnęła górskiego powietrza, niby się po miejskim smogu duszę, ale chcę więcej. Nie ma więcej, chwilowo. Dlatego zabieram do łóżka jego. Potem, długo później powiem ci coś, co mam nadzieję zapamiętasz na zawsze – nie oczekuj od kobiety, że będzie ci wierna jak cały czas jej powtarzasz, że jest tylko na chwilę i nic nie znaczy. Więc na chwilę wzięłam sobie jego. Pojawiasz się i masz żal. Bo przecież znamy się niecały miesiąc i powinnam wiernie przeczekać te wszystkie humory. Chcę żeby cię bolało. Jak się chce zranić kogoś, kogo się lubi, powinno się mu przywalić pejczem, a nie robić takie rzeczy. Zmuszasz mnie do tego, co niefajne. Cierpiąc przez twoje zachowanie sama chcę, żebyś cierpiał. Już wiem, że ta relacja nie będzie dobra. Ale chcę więcej. I ty też chcesz.

Tacy jak my nigdy nie powinni byli się spotkać. Ale się spotykamy. Ustalamy, że to tylko na chwilę. Nie, to ty ustalasz. A ja przyjmuję do wiadomości, a raczej udaję, że akceptuję. Tylko przyjęcie twoich zasad pozwoliło mi być blisko ciebie. Nie wychodzimy z łóżka. Fascynacja swoja odmiennością ma zbawienne skutki, bo parzymy się jak króliki. Właściwie nie robimy nic innego. Znowu mówisz, że nie tak powinno być, że musimy budować relację a nie pochłaniać swoje ciała. Jaką kurwa relację? Przecież przed chwilą jeszcze mówiłeś, że żadnej relacji nie ma. Że jestem tylko na chwilę, na dymanie jestem. Więc robię to, co umiem najlepiej.

A potem dowiaduje się tego, czego nigdy nie powinnam była usłyszeć. To nas zabiło, to nas zabijało powoli jakby ktoś sączył cicho jad i nie pozwalał zaznać szczęścia. Co powinna zrobić kobieta, która widzi jak facet, na którym zaczyna jej zależeć wyznaje, że przyszedł do niej od innej? Ciekawość? Tak, byłam ciekawa tej historii, choć nie powinnam. Strach? Że skończy się tak samo, będąc czyimś wstydliwym wyznaniem w przyszłości? Chciałam okazać wielkoduszność i to dobre serce mnie zgubiło. Dobre serce i złe decyzje. – Jedź do niej, nikt nie zasługuje na to, żeby z jego życia znikać tak bez słowa. I pojechałeś. A ja zostałam, zostały papierosy i cały bałagan po tobie.

Jesteś chaosem. Dziś wiem, że wchodzisz w cudze życia i nie umiesz z nich wyjść. Czasem trzeba umieć się pożegnać, zwłaszcza jak się nie umie kochać. Bo nie można chcieć z kimś być, nie umiejąc tego jednocześnie.

Wracasz telefonem w środku nocy. – Już dobrze, bądź spokojna, wszystko załatwione. Nie jestem spokojna, takich rzeczy nie powinno się załatwiać, takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Nigdy nie rozumiałeś, że ja potem dostałam rykoszetem twoich decyzji po tysiąckroć. Że ona nigdy by ciebie nie skrzywdziła wciąż cię kochając, to ja byłam jej głównym wrogiem i rywalką, nic nie robiąc i o niczym nie wiedząc.

A więc jesteśmy sobie, żyjemy, zaczynamy żyć. Ty zrzuciłeś ciężar i jakoś ci lżej, ja się oswajam z tobą, nami. Ale wiem, że jestem na chwilę, powtarzasz mi to kilka razy dziennie. Czuję tę nieuchronność, właściwie nie zauważam, jak zaczynam się bać, że znikniesz. Jedziemy nad morze jak prawdziwa para, dwoje ludzi umawiających się na dymanie i spędzających ze sobą każdą wolną chwilę. Gdzieś pomiędzy zdarza nam się jeszcze kilka twoich pożegnań, gdy masz przyjechać i nie przyjeżdżasz. Bo coś tam, bo coś piszę, coś mówię i podobno ci się odechciewa. I znowu słyszę żegnaj, pa, nie jestem dla ciebie. A o 5 rano zaspana otwieram ci drzwi. Nasz nie związek zaczyna się składać z takich sytuacji. Tak jakbyśmy nie mogli dać sobie poczucia bezpieczeństwa, bo bezpieczne jest tylko balansowanie na linie.

Nad morzem jest cudownie. Wtedy jesteśmy parą, robisz mi zdjęcia i mówisz jaka jestem piękna. Wiem, że mnie kochasz. I wiem, że nigdy tego nie powiesz. I nawet szczególnie nie chce tego słyszeć, dobrze mi. Dobrze mi wtedy, kiedy się nie boję.

Boję się wtedy, gdy wyjeżdżasz. I nie dajesz znaku życia. Testy, ciągłe testy mnie męczą. Jednego dnia zarzucasz mnie esmesami, drugiego udajesz że nie istnieję. Nie umiem sobie znaleźć miejsca. Gdy się dodzwaniam chcę, żebyś wiedział, że mi źle. Nieumiejętnie tego chcę krzycząc, że nie dajesz mi poczucia bezpieczeństwa. Że nigdy mi go nie dasz. Potem przestajesz się odzywać, taki mały znak, że relacja skończona. Zdycham. Jakby ktoś dał mi bardzo dużo, a za chwilę za karę zabrał i dał po łapach. Wtedy miałam niewiele, budowałam powoli siebie. Bez ciebie nie miałam nic.

Walczę, piszę, dzwonię. Gdzieś się spotykamy i słyszę, że nic z tego nie będzie. Zabawne, później spotkamy się w tym samym miejscu w odwróconych rolach. To ty będziesz czegoś chciał.

Jestem zła. Jestem wściekła i rozczarowana. Sięgam po to, co powinno być schowane w szufladzie niepamięci. Wyciągam ją, szukam maila, piszę kilka zdań. Tych, o których ja wiedziałam a ona nie. Znowu chciałam skrzywdzić ciebie, znowu wypadło na mnie. Bo ty pod pretekstem ratowania jej z błędu i tłumaczenia zawiłości sytuacji zbliżasz się do niej. A mnie już nie ma.

Wróciłam do swojego świata. Patrzę na jej zdjęcia czasami obserwując wasz. I wiem, że kłamiesz jak mi mówisz, że nic was nie łączy a ja widzę zdjęcia z górskiego wypadu. Ktoś kto raz skłamał, będzie kłamał zawsze. Potem ja kłamałam ciebie. Bo mogłam, takie rzeczy dają przyzwolenie, żeby samemu być suką. Zanim cię poznałam byłam dobra.

Układam swoje życie na nowo, szukam relacji, zachłystuje się świeżym powietrzem. Poznaję ludzi i otrzepuję z poczucia winy. Faceci, którzy boją się miłości zawsze będą kobietę obwiniać o to, że nie wyszło. To nie ty jesteś winny, że się nie odzywałeś. To ja, bo powiedziałam prawdę o tym co czułam. Nie ma ciebie, jestem ja i mój świat. Jest sobota wieczór, szykuje się na imprezę. I czekam na kogoś. I gdyby nie to całe zamieszanie to pewnie przypomniałabym sobie, że to twój numer. I zignorowała ten telefon. Bezwiednie odbieram, grzecznie się przedstawiając. Zaraz potem żałuje tej chwili i cieszę się jednocześnie. Bo to twoje kurewskie „co słychać” brzmi jak mieszanka zainteresowania i znudzenia życiem z samym sobą. Zaczynamy rozmawiać. Dwa miesiące rozmawiamy. Dwa miesiące codziennych prawie telefonów, podczas których przekonuje cię, że nie zmarnuje ci życia. To słyszę najczęściej, jakbyś nie potrafił podjąć decyzji i mnie obarczał swoimi wyrzutami sumienia. Wtedy jeszcze nie wiem, że nie jestem jedyną, z którą rozmawiasz. Płaszczę się przed tobą, zapominając jakie to uwłaczające. Kobieta prosząca faceta, żeby ją kochał i dał jej szansę zawsze jest żałosna. Spotykamy się na krótko, na jedną wyżebraną chwilę. Jak dwoje kumpli bez wspólnej przeszłości. I bez przyszłości.

Wyjeżdżasz. Nie pytam dokąd, zresztą nie chcesz mówić. Ani dokąd ani z kim. Nigdy nie byłam ciekawska, inaczej – wolałam trzymać na wodzy swoją ciekawość, żeby nie usłyszeć tego, na co się nie ma ochoty. Przed wyjazdem dostaję jeszcze od ciebie przesyłkę niespodziankę. Twój sweter. Bo w twoim kurwa chorym świecie, granie na gitarze, dawanie części swoich ubrań nic nie znaczy. Nie chcę dłużej żyć iluzją.

Wracasz, a zaraz potem mnie nie ma. Jadę w Bieszczady, żeby zresetować głowę. Trochę piszemy, trochę nas łączy, ale oboje udajemy, że jest inaczej. Siedzę na tarasie, gwiazdy gapią się na mnie, a ja gapię się w telefon z wiadomością – muszę ci wszystko wyznać, tak dłużej być nie może. Czekam aż wrócisz. I mam po wakacjach. Wchodzę do domu, rzucam w kąt torbę i włączam skype’a. Kilka godzin rozmowy i rzewnych wyznań. Tak, spotykał się z nią. A teraz ona wyjechała do Norwegii. Więc był ją odwiedzić. I przez przypadek nadziała się na niego. Bo on tam był jako przyjaciel a wyjechał jako facet, choć wcale tego nie chciał.

I odtąd będzie tak zawsze. Magiczny trójkąt trzech osób, jej z którego życia nie chciał wyjść i mój, do którego życia nie chciał wejść. Dwie zabawki w rękach dorosłego dziecka.

Znowu jesteśmy razem. Do mojego strachu o to, że mnie zostawisz dochodzi strach o to, że odejdziesz do niej. W sumie to ciągle się boję. Zupełnie tak, jakbyś swój strach z relacji z kobietami, strach o to, że zostaniesz sam przerzucał na mnie. Ja też mam się bać. Żebyś nie został sam musisz mieć wyjście awaryjne. I ja godzę się na taką chorą relację.

Bo mi zależy. Czasem zakochujesz się w kimś, kto w innym miejscu i innym czasie nigdy nie byłby ci pisany. Ale to był nasz czas i nasze miejsce. Na chwilę. Spontanicznie mówię o tym, co czuję. A ty patrzysz na mnie i widzę panikę w twoich oczach, Widzę ten cały strach, jesteś zbudowany ze strachu. Ale to nie ja jestem winna, że cię zostawiła żona i że cierpiałeś. Chciałam dać ci wszystko co najlepsze. Jak kobieta wyznaje facetowi miłość, to nie chce słyszeć że ma się przymknąć, bo się porzygasz. Gdybym wtedy miała odrobinę oleju w głowie powinnam wyjść i nigdy nie wrócić. Nie można ranić czyichś uczuć tylko dlatego, że samemu nie umie się kochać. Wtedy cię jeszcze kochałam, wtedy mi zależało. Bardzo. I żadne słowa nie mogły zbić mnie z tropu, chciałam cię uratować. Przed sobą samym. Dziś wiem, że nie można kochać kogoś wbrew i na siłę. Nie można chcieć komuś naprawić życia.

Ale można chcieć z kimś być mimo wszystko. Całą drogę do domu trzymasz mnie za rękę. I ja wiem, że to jest twoje „kocham cię”, twoje przepraszam, że nie umiesz inaczej. Pies który się boi, też sika na dywan, a potem chce się przytulić. Ty masz tak samo. Wtedy jeszcze jestem dla ciebie najpiękniejsza. Mówisz mi to i tak się czuję. To ważne, bo potem już nigdy taka nie będę. Mimo tego, że schudłam i wypiękniałam w twoich oczach i w moich już mam pozostać brzydka i bylejaka.

Jesteśmy, trwamy, istniejemy. Znowu jest pięknie, choć ty od czasu do czasu zaczynasz wspominać coś o wyjeździe. Na zawsze. Do Norwegii. Nie pytam. Nie włączam czerwonego światła, udaję, że go nie ma.

Sylwester 2013. Jesteśmy nad morzem, jedyna niepara wśród kilkunastu par. Robisz mi śniadania i nosisz mnie na rękach. Jesteś dobry, czasem potrafisz być dobry. Czasem jak ludzie patrzą, a czasem jak chcesz. Głaszcząc mnie po ramieniu tłumaczysz wszystkim, że nie jesteśmy razem. Potakują głowami, robiąc oczy jak pięć złotych. Takie fuck friends. Jednocześnie gadasz głupie rzeczy. Trzeba zbilansować te śniadania i głaskania, bo mi będzie za dobrze. Więc Patka jest piękna, byś ją chętnie zerżnął, ale jak się wkurzam to wiadomo, że to tylko żarty. Gdybym ja tak żartowała z którymś z facetów to byś mnie nazwał dziwką, a potem utopił w morzu. Próbowałam cię nauczyć przez te kilka lat, żebyś nie robił drugiej osobie tego, z czym ci samemu może być niefajnie. Bezskutecznie.

Przed północą pakuje cię do łóżka. Upiłeś się, a ja znowu mówię to, czego nie powinnam. I znowu słyszę to, czego nie powinnam. Nad każdym następnym kocham zastanowię się kilka razy. Strzelają fajerwerki, siedzę sama na plaży i palę wyżebranego papierosa. Bo wtedy nie palę. I płaczę patrząc na wesołych ludzi. Zaczynam być smutna w środku.

A potem przy wszystkich nazywam cię kutasem. Bo mam dość słuchania o Patce, mam dość ciebie i siebie też mam dość. Idę spać. Idę po schodach i trzęsą mi się nogi. Wiem, że jutra już nie będzie, Widzę twoje zaciśnięte wargi, widzę ten wzrok, kiedy w twojej głowie z ukochanej zamieniam się we wroga. Teraz jestem wrogiem. Nie odzywasz się do mnie całą drogę. 6 godzin jazdy do domu w kompletnej ciszy. Po policzkach kapią nam łzy. Kapią i nic nie mówimy. Nie mamy już słów dla siebie.

Wysadzasz mnie pod domem, zanosisz walizki, zostajesz. Zostajesz 2 h w mojej kuchni miotając się jak lew po klatce. Słyszę tylko, że nic nie rozumiem i że musisz zniknąć z mojego życia. Ok, znikaj to nie pierwszy raz, dam sobie radę. Nie mam siły cię przekonywać. Ani zatrzymać. Chcę spać, chcę przespać ten tydzień, miesiąc, rok cały. Dzwonisz rano, że mam przyjechać. Wsiadam w auto i pędzę jak głupia 150 km, już zawsze będę tak pędzić zastanawiając się, co ze mną nie tak, przecież rodzice mnie kochali. Bardzo. A ja zachowuje się jak dziecko z domu dziecka, żebrzę o głaski, o spojrzenia, o cokolwiek.

Jestem. Trzymasz mnie za rękę. Znowu jesteśmy. Przez chwilę. Znowu mówisz o wyjeździe. Za dużo mówisz. I za bardzo tego chcesz. Śmieję się, że nie wiem, co miałabym tam robić. Ja, która nie jestem twoją dziewczyną, twoją przyszłością a teraźniejszością jedynie. Jedziemy na rowerze po parku, a ja się śmieję, że nie umiem tak dobrze sprzątać. Potem już się nie śmieję, bo się nie odzywasz. Nie odbierasz telefonów. I wiem, że znowu nas nie ma. Wymazałeś mnie za ten śmiech. Nie jestem godna, żeby z tobą wyjechać. Przecież ja kurwa nawet nie lubię Norwegii, zimna nie lubię też. Twój chłód mi wystarczy.

Nie ma cię. Długo cię nie ma, rzucam się w wir kutasów i zapomnienia. Robię to, do czego myślałam, że nigdy nie będę zdolna. Nie kocham nikogo, siebie samej też nie, pożyczam sobie cudzych facetów i jestem z tego dumna. Jednego pożyczam na dłużej, nic tak nie dodaje życiu rumieńców jak firmowy romans. A teraz on umiera a ja umarłam już dawno…Nie kochamy się, zaledwie się lubimy i o dziwo ta relacja jest dużo normalniejsza od naszej. Niczego od siebie nie chcemy, niczego nie obiecujemy, nie ma rozczarowań, złości, jest tylko seks i pozytywne emocje. Jak się niczego od drugiej osoby nie chce, to nie chce się jej też zmieniać. Na obraz i podobieństwo ideału w swojej głowie. Dlatego to takie zdrowe. Już wiem jak to jest, jak ktoś przyjeżdża z bardzo daleka by cię zerżnąć. Czuję się ważna, chociaż to złudzenie. Ale przy tobie się tak nie czułam. Nigdy. Więc się kochamy, a potem płaczę w łazience. Takie katharsis.

Jestem w Portugalii. Siedzę nad brzegiem oceanu. Ciebie już nie ma w mojej głowie od dawna. Jesteś przeszłością. I nagle wychodzisz z tej porąbanej historii do teraźniejszości, wchodzisz do tego pięknego oceanu, jesteś na pulpicie telefonu pod postacią kurewskiego „co słychać”, jesteś w mojej głowie, już zawsze w niej będziesz. Tego się boję. Nie powinnam odbierać. Powinnam udawać, że zdechłam i pochłonęło mnie piekło. Bo jak nie to za chwilę pochłonie nas nasze wspólne piekło. Rozmawiamy, umawiam się z tobą na spotkanie po powrocie.

Idę przez miasto, jest lato, jestem piękna i opalona i jest mi wszystko jedno. Jestem ciekawa co u ciebie, ale nie jestem ciekawa już nas. Bo nas już nie ma. I nie wiem, po co to wszystko. I to jest to miejsce i ten czas, kiedy role się zamieniają, to ty mnie o coś prosisz. I wtedy słyszę to od ciebie pierwszy raz, prawie ostatni, bo tacy faceci jak ty nie powtarzają kobietom, że je kochają, raz wystarczy, żeby wiedziały. Mnie nie wystarczyło. Usłyszałam coś, o czym marzyłam od dawna. I co? I nic. Nogi się pode mną nie ugięły, było mi wszystko jedno, mentalnie już nie należałam do ciebie. Zainteresował mnie drugi człon wypowiedzi – chciałbym, żebyś wyjechała ze mną. To pół roku ci zabrało nie stwierdzenie, że mnie kochasz tylko pomysł, że chcesz mnie wziąć do kraju, który wcale nie był moim marzeniem, żebym tam z tobą zdechła? Ja już nie będę zdychać dla nikogo i przez nikogo, a już na pewno nie na końcu świata.

Dla ciebie to miał być oswojony koniec świata, bo była tam ona. Ktoś, kto miał zniknąć z twojego życia a nie dość, że w nim pozostał to jeszcze miał się stać ważna częścią twojej/naszej przyszłości.

Oswajasz mnie na nowo. A raczej daję się oswoić. Żegnam swoje kutasy, dokonuję wyboru wierząc, że tym razem będzie inaczej, bo przecież kocham wszystko zmienia. Tak jakby jedno słowo wypowiedziane z twoich ust miało sprawić, że przestaniesz się bać, o mnie, o siebie, o życie. Gówno prawda.

Stawiam warunek. Chcesz być ze mną – naprawiasz swoja głowę. Znajduję ci psychologa, ale po 5 wizytach stwierdzasz, że jesteś uleczony. Robisz mi piekło o nocowanie kumpli na kanapie, ciężko wyplenić stare przyzwyczajenia, kiedy mogłam robić to, na co miałam ochotę. Wściekasz się, kiedy ja robię ci piekło o nią.

Odbierasz ją z lotniska. Zawozisz do domu, bo granie oskarowej roli sierotki marysi świetnie jej wychodzi. Mało tego, im bardziej ja wmawiam ci, że emigracja to poroniony pomysł, tym bardziej ona namawia cię na wyjazd. Deklaruje pomoc i dożywotnią opiekę. Nie wątpię. Nasze wściekania i zazdrości nigdy nie były współmierne, ty o kanapę mogłeś się nie odzywać kilka dni, ja nie miałam prawa być zła o jej głupie pomysły i chęć sprowadzenia cię do siebie. Bo jak będzie cię miała na oku nadzianie się na ciebie i powrót do pierwotnej relacji jest tylko kwestią czasu. W końcu byłeś u niej na wakacjach i tak naprawdę ona cały czas myśli, że jesteście razem. A ja sama nie wiem, co mam myśleć i w co wierzyć. Nieustannie mnie krzywdzisz, robiąc ze mnie zazdrosną idiotkę. I tego nie widzisz, to ja zawsze jestem ta zła.

Wmawiasz mi, że przeze mnie jesteś chory. Że dostajesz wysypki w gardle, jak tylko się do mnie zbliżasz. Więc idę do lekarza, który dementuje te głupoty. Mówię, że to głupoty. Ale ty już mnie nie całujesz. Mam bana na całowanie. Seksu też nie ma. Boisz się czymś zarazić, wiec badam się wzdłuż i wszerz. Seksu dalej nie ma…Już nie jestem piękna i cudowna, jestem trędowata, a ty łaskawie się nade mną pochylasz. Sama to sobie robię…

Wyjeżdżamy razem. Zlot nurkowy, 3 baby i 30 prężących mięśnie i testosteron facetów. Raj. Teraz jestem grzeczna. Łaszę się i przytulam jak na twoja kobietę przystało, wyjazd schodzi na dalszy plan. Jestem tylko ja, ty i to co nas łączy. Miłość?…On podchodzi, on który obserwował mnie z daleka przez cały wyjazd i dla którego ty jesteś mistycznym guru ze swoją tajemnicą wypisaną na czole. Gadamy, więcej niż powinniśmy. Więcej niż bym chciała i więcej niż ty byś chciał. Pijesz i łypiesz na nas kątem oka. Tak, chciałam żebyś był zazdrosny. Należało ci się. A potem on ledwo trzymający się na nogach robi ten cały cyrk wyznając, że daje nam 3 msc i zakochał się w 3 sek. Idzie spać, my zostajemy i kwas też pozostaje. I coś, co mi zostało ze „starych czasów”. Że on mi się przyda, jak mnie wkurzysz.

A potem cię nie ma. 3 tyg później wyjeżdżasz bez większego przygotowywania mnie na to co ma się wydarzyć, udajemy że tego nie ma. Udaję, że nie widzę paczek porozrzucanych po wszystkich kątach domu. Nie pytam o nic, nie chcę wiedzieć. Gdzie, po co, jak i do kogo. Chcesz, żebym ci obiecała, że będę z tobą zawsze, a ty nie potrafisz mi nic obiecać? Bullshit. Uciekłeś jak szczur. Jeden jedyny raz w tej relacji poczuliśmy się pewni oboje, bezpieczni, jeden jedyny raz mieliśmy szansę. I właśnie wtedy postanowiłeś wyjechać. Dowiedziałam się z smsa w połowie drogi…To czyja jestem?…

Obiecałam sobie, że nie będę zazdrosna, bo zazdrość nic nie da.

Że fakt, że mieszkasz 500 m od kobiety, która cię kocha i chce z tobą być nic nie znaczy. Od kobiety, która będąc z tobą i wiedząc, że to twoje marzenie rzuciła wszystko na jedną szalę i wyjechała w nadziei, że kiedyś wydarzy się to, co się właśnie działo.

Jedyny internet był u niej, więc skype odpada, dostawałam sms raz na tydzień. Spędzałeś każdą wolna chwilę ze swoją eks, okradając z tych chwil mnie. Mało tego, nie mogłam do ciebie przylecieć, bo byłabym źle widziana…Co z tego, że potrafiłeś napisać, że jestem najlepsza na świecie. Bo porównałeś mnie z nią i przejrzałeś na oczy? Musiałeś uciec, żeby się przekonać o tym, która z nas jest lepsza? Nikt do kurwy nędzy nie zasługuje na takie wybory, może lepiej trzeba było rzucić monetą.

Spędziłeś z nią święta i sylwestra, chodziłeś do jej dzieci do szkoły i jadłeś z nimi obiady. Nie miałam prawa nic powiedzieć, bo miałeś zawsze jedno usprawiedliwienie – przecież nie chodzicie razem do łóżka i potrzebujesz mieć przyjaciela. Kogoś, kto ci pomoże i z kim można pogadać. No fakt, każdy potrzebuje – dawałam ci przyzwolenie na wszystko. Zdradziłeś mnie mentalnie dziesiątki razy.

Ona też umiejętnie podsycała ten żar wrzucając co rusz wasze zdjęcia z odpowiednimi podpisami. Moje awantury nic nie dawały. Zawsze wychodziłam na zazdrosną sukę, która cię nie rozumie. Oddalałeś się ode mnie coraz bardziej, ja nie mogłam przyjechać, ale ściągnąłeś kumpla. Było mi przykro, czułam znowu, że nic nie znaczę. Miesiąc później wyżebrałam kilka dni. Nie spotkałyśmy się nigdy. Czułam jej obecność, a ona czuła moją, kukiełki w teatrze życia jednego aktora. To nie był dobry wyjazd i to nie był dobry czas, zmienialiśmy się. Ty oczekiwałeś, że będę tryskać entuzjazmem, ja czułam się obco i nieswojo w miejscu, które należało do was. Po powrocie odzywałeś się coraz rzadziej, miałam przeczucie, że dzieje się to, co nie powinno. Zresztą kiedyś zapytałam, czy zastanawiałeś się żeby do niej wrócić, nie to chciałam usłyszeć…

A potem przestałeś się do mnie odzywać. Przestałam być potrzebna?…Tłumaczyłeś to problemami z pracą i asymilacją w nowym środowisku, że zawsze tak masz, że jak się nawarstwią problemy to się odsuwasz. Chyba, że przysunąłeś się do niej…Zerwaliśmy. Jak zawsze, intensywnie i z obrzucaniem się błotem. Gdy zrywamy wylewamy na siebie całe wiadro pomyj. Wszystko co było i to, co będzie. Szambo w naszych głowach.

Wtedy wiedziałam, że nadszedł czas żeby go wykorzystać. Pomijam fakt, że byłam wolna i mogłam robić co chciałam. Wiedziałam, że mi się przyda, jak tylko nasze oczy się spotkały. Bo dzięki niemu mogę zniszczyć nie tylko ciebie, ale wszystko to co kochasz. I wiedziałam, że to zrobię jak po 2 tyg napisałeś to swoje pierdolone „co słychać”…Przyjechał po półtorej godzinie i nie miał oporów. Takich masz kumpli. Seks z kimś, kto zaraz zniknie z twojego życia jest fascynujący. Porządne rżnięcie za te wszystkie upokorzenia. Nie, inaczej, pieprzyć upokorzenia, za ból który mi zadałeś. Gdybym to ja mieszkała na końcu świata ze swoim eks znienawidziłbyś mnie. A tak znienawidzisz mnie za to. Przerżnęłam ci kumpla. I nigdy nie będę tego żałować, należało ci się.

Nie powiedziałam ci. Zostawiłam to sobie na moment, kiedy wbijesz mi ostateczny cios w serce. Wiedziałam, że taki moment nadejdzie. Teraz miałam broń, żebyś też krwawił. Rozmawialiśmy ze sobą, przyjeżdżałeś tu nawet od czasu do czasu. Spotykamy się jak starzy znajomi, nie, gdy tylko dzwonisz lub piszesz ja lecę na zawołanie jak pies, nie ważne 100 km,200, 400 jestem. Tak, nigdy o to nie prosiłeś, nie nigdy tego nie doceniałeś….

Zabiłam cię wtedy, kiedy ty zabiłeś mnie. Gdy nagle zacząłeś zdychać, bo w jej komputerze znalazłeś dowód na to, że cię zdradzała, kiedy była z tobą. Pamiętasz co mówiłam o dawaniu poczucia bezpieczeństwa i rozglądaniu się na boki? No właśnie. Dobiłam cię moim wyznaniem. Od tego czasu w twoich oczach zawsze byłam kurwą. Dałam ci do ręki argument, który oprócz niej zabił całą resztę, nie ważne co ty zrobiłeś i jak bardzo mnie nie zraniłeś czymkolwiek – ja już zawsze będę kurwą, argument nie do odparcia…

Miotasz się długie tygodnie, dziesiątki nienawistnych maili, bagno wylane na mnie i na niego. Ok sama chciałam. Chciałam, żebyś zrozumiał jak bardzo boli to, że spędzasz z nią czas, kim dla niej jesteś i kim ona jest dla ciebie. Zadziwiające, jak bardzo faceci przejmują się penisami w cipkach swoich kobiet, a jak mało tym, co siedzi w ich głowie.

Nienawidziłam cię. Za to, że potrafiłeś przylecieć do Norwegii po tygodniu ze mną i nie odezwać się przez kilka dni (tak, łataliśmy ten cały bezsens, nie mając poczucia, że oboje toniemy). Za każde jej zdjęcie sugerujące co jest między wami, za które nie stanąłeś w mojej obronie. Nie umiałeś się z nią rozstać, a ja nie umiałam się rozstać z tobą.

Norwegia nie okazała się rajem, miałam rację, że bez języka i doświadczenia w obcym kraju jest trudno, ale nie słuchałeś gdy to mówiłam. Jeszcze się łudziłeś, że może coś wyjdzie, w końcu ci powiedziałam, że nigdy tam nie zamieszkam. Nie wiem na ile moja decyzja wpłynęła na twoją, ona jeszcze rzutem na taśmę sprowadziła jakiegoś lowelasa, żebyś był zazdrosny. Nie wiem czy byłeś, miałam swoją pracę i mało czasu na zastanawianie się, czy coś jest jeszcze między nami. Szczerze powiedziawszy do końca myślałam, że nie wrócisz, że stchórzysz, a ja zostanę z mglistymi obietnicami czegośtam. Bo odtąd miało być lepiej, miałeś się postarać, mieliśmy mieszkać razem, miał być raj, to czego nigdy nie było. Był też jeden warunek, macie zerwać kontakt.

Przyjechałam do ciebie pierwszy dzień po powrocie. Żeby cię zabrać do siebie, do nas…W drodze do domu telefon. Od niej. Moje milczenie zbija cię z tropu, każesz zawracać samochód. Znowu ja jestem winna. Zawsze jestem winna. Do dziś nie wiem co was łączyło, jakie fakty mi filtrowałeś, co mówiłeś jej, wiem tylko to, co mówiłeś mnie… Jesteśmy u mnie. Wszystko normalnieje. Pierwszy raz jest tak, jak nie było. Robimy wszystko razem, kupujesz mi kwiaty i troszczysz się o mnie. Przez krótka chwilę znowu jestem fajna i piękna, potem już nigdy taka nie będę, będę brzydko ubrana, gruba, z krzywymi zębami i beznadziejną pracą…mam się czuć źle, wtedy ty czujesz, że masz nade mną władzę i przestajesz się bać, że cię zostawię. Czasem zabieram cię ze sobą w podróż, przez kilka godzin jesteś cudownym towarzyszem, potem zaczynasz być utrapieniem, zmieniasz się jak dr Jekkyl i Mr Hyde, z czułego, troskliwego, fajnego faceta w cynicznego skurwiela. Nie rozumiem tego, gubię się, znowu ciągle się boję. Nie wiem, czy za nią tęsknisz, czy jesteś mną rozczarowany, czy nas porównujesz, wiem, że jest jakaś przyczyna takiego zachowania. O której się nigdy nie dowiem. Źle mi z tym. Nie umiem jednego dnia być piękna i kochana, a drugiego brzydka i niechciana.

Kłócimy się. Ciągle i o wszystko. Zastanawiam się kiedy pojawiło się między nami to dziwne napięcie. Chyba odkąd wróciłeś i postawiłeś wszystko na jedną kartę. Wiedziałeś, że na kolejne wyznania może cię być nie stać, więc muszę być perfekcyjna, bo jestem ostatnia. Model ulepiony z twoich snów, pragnień i najlepszych cech wszystkich byłych. Od tego momentu się spinamy. Ty, bo się martwisz, że mam być tą ostatnią, a nie jestem idealna. Ja, bo nie jestem idealna. Stajemy się projekcjami własnych wyobrażeń, a przynajmniej usiłujemy nimi być. Chociaż ten ciasny gorset masek nas uwiera. Dlatego od czasu do czasu wybucha bomba, to krzyk, żeby nie iść w tę stronę. Powietrze zawsze jest gęste, złożone z naszej skurwiałej przeszłości, tego co zrobiliśmy i czego nie zrobiliśmy, toksyczne opary zabijają to, co było i zatruwają nam mózgi. I już nigdy nie będzie tak jak kiedyś.

Kolejny wyjazd, kolejna kłótnia, kolejna rozmowa. Decydujemy się rozstać na jakiś czas, chociaż oboje wiemy, że to decyzja wspólna i już na zawsze. Chcielibyśmy ze sobą być i nie umiemy. Piszesz do mnie czasem, bardziej chyba z przywiązania i samotności niż z faktu, że cokolwiek do mnie czujesz. Sam się pewnie zastanawiasz czy cokolwiek czułeś. Nie chcę żebyś pisał, nie ma mnie…

Pewnego dnia siedząc znowu gdzieś na końcu świata dostaję sms z obcego tel, że chcesz pogadać. Więc gadam z tobą. Zawsze wiem, że nie powinnam tego robić, bo mnie to skrzywdzi i zawsze to robię, jak dziecko, które wkłada palce do ognia. Deklarujesz, że chcesz ze mną być, że pójdziemy na terapię i nauczymy się żyć ze sobą. Tydzień później razem spędzamy czas, ale o terapii nie ma już mowy. Znowu dałam się nabrać…Sama nie wiem co czuję, czy cokolwiek jeszcze…

Znowu rzadko się odzywasz. Jest coraz dziwniej. Coraz częściej mnie krytykujesz, to znak że powinnam być kimś innym. Nie czuje się już ładna ani fajna. Patrzę na siebie z obrzydzeniem. Wróciłam do rzygania, wyrzyguję swoja rzeczywistość, chcę być szara i przeźroczysta, żeby mnie nie było widać. Niezauważalna. Jak mnie nie będziesz widział, nie będziesz się przypierdalał.

Kolejny sylwester, kolejne dni spędzone razem, kolejne schematy w które wpadliśmy, przez pierwsze kilka godzin się cieszysz, przez następne czuję, że chcesz, żebym sobie poszła. Nie chcę być intruzem w cudzym domu. Pewnego dnia po prostu wychodzę.

I już nie wracam. Nie rozumiesz, że nie odeszłam do nikogo. Odeszłam od ciebie. Znowu obrzucasz mnie błotem.

Nie chcę spędzić życia z kimś, kto nie umie kochać. Chyba przegapiliśmy swój moment. Czy za tobą tęsknię? Za tym dobrym każdego dnia. Za skurwielem nigdy. Czasem myślę, że zabiłeś we mnie wszystko, co miałam. Kiedyś umiałam kochać, teraz czuję tylko pustkę…

Przeczytaj również