Ona & On

Jak pies z kotem

30 stycznia 2019

Jestem chaosem. Jestem dźwiękiem i obrazem w ciele. Słowa wylewają się ze mnie potoczyście przy każdej próbie kroku, dotyku, interakcji. Wszystkie moje myśli są na wierzchu. Karmię się ludźmi, a ludzie karmią się moimi historiami. I mną. Jestem ekstrawertykiem. A ponieważ najbardziej pociąga nas to, co odmienne przyciągam introwertyków. Ja się przy nich wyciszam, a oni czerpią z mojej energii.

W zachwycie jest sygnał niezrealizowanych możliwości, które tkwią w nas, więc skoro ktoś nas czymś przyciąga, to znaczy, że podświadomie chcemy mieć to samo w sobie. Tylko jeszcze tego nie odkryliśmy. Na takiej zasadzie przyciągają się totalne przeciwieństwa takie, jak introwertycy i ekstrawertycy właśnie. A ponieważ związki to transakcje, każdy chce coś zabrać, jednocześnie coś dając. I ta wymiana jest piękna, gdyby nie to, że totalnie introwertyków nie rozumiem.

Ja się przy nich wyciszam. Odpoczywam. Czerpię z ich spokoju. Bardzo chętnie patrzę na świat ich oczami, bo czasem będąc wycofanym na z góry upatrzone pozycje, z dystansu widzi się więcej i szerzej niż z pierwszej linii frontu. Ale mam problemy z komunikacją.
Ja ładuje baterie będąc z ludźmi, introwertyk lubi pobyć sam ze sobą. Co samo w sobie nie jest takie złe, problem pojawia się wtedy, gdy wycofuje się do swojej skorupy, zapominając mnie o tym poinformować.

Wygląda to trochę jak spotkanie labradora i dostojnego kocura, którzy się lubią, ale generalnie kocur ma psa w dupie, mimo, że ten biega jak szalony, szczeka i radośnie macha ogonem.

Ten pies to ja. W jednej minucie chcę iść na spacer, zjadać smakołyki, wąchać się, turlać i kopulować. Zarzucam introwertyka potokiem słów i potokiem siebie i nawet jeśli jemu podoba się lub śmieszy moje zachowanie, ja totalnie gubię się przy jego.
Moim narzędziem komunikacji jest ludzka mowa. To co pomyślę, wypływa ze mnie wyrazami i gestykulacją. Introwertyka trzeba ciągnąć za język. Gdzie był, co robił, jak się czuje. Tak, żeby rozmowa nie była monologiem.

To normalne, że ludzie są różni. I komunikują się innymi językami. Jak jednak postępować w relacji z introwertykiem, żeby nie zwariować?
Każda sytuacja, kiedy introwertyk chowa się w sobie i przestaje do mnie odzywać z częstotliwością taką, jaką uznaliśmy na podstawie pewnych zmiennych za standard budzi we mnie niepokój. Raz, bo zakodowały mi się wszystkie lęki, które ktoś mi sprzedał na etapie różnych związków. Dwa, zastanawiam się od razu, co jest nie tak. Dlatego, żeby nie zwariować po kilku takich sytuacjach komunikuje w związku, że ja jak najbardziej rozumiem potrzebę bycia samemu, tylko mnie uprzedź zanim znikniesz. To jest ok napisać komuś, wiesz mam gorszy okres, chcę kilka dni pobyć sam, nie martw się wszystko jest w porządku. Trochę mniej ok jest wtedy, gdy znikasz, a ja totalnie nie rozumiem, co się dzieje. Mój były potrafił znikać na kilka dni, odcinając się od całego świata, a potem jak gdyby nigdy nic pojawiać z powrotem. Nie widząc nic złego w takim zachowaniu. I nie zrozumcie mnie źle, w takim zachowaniu nie ma nic złego. Ot normalna ludzka potrzeba. Jedni potrzebują ludzi, drudzy odosobnienia. Ale żeby introwertyk z ekstrawertykiem, przy czym dodam, że oboje są skrajni, mogli funkcjonować muszą ustalić pewne zasady, które im ułatwią komunikację. I zrozumienie siebie nawzajem. Bo bycie z kimś to też odpowiedzialność za jego samopoczucie i emocje, które mu relacja z nami daje.

Introwertycy mają też inną potrzebę bliskości. Ja jak kogoś lubię łaszę się jak szalona. Tu mnie podrap. Tam pocałuj. Tu pomiziaj. Nadstawiam ucho jak ten labrador, podsuwając tyłek pod nos temu biednemu kotu, który wykonuje dostojne ruchy głaszczące. Ale sam z siebie przyjdzie po tą bliskość, gdy już się bardzo oswoi albo przypomni sobie, jak tego potrzebował. I jakie to przyjemne. Najpierw się kilka razy na ruch wzdrygając, żeby z czasem przysuwać się coraz bliżej i bliżej Twoich kolan, by wreszcie zalec na nich z ulgą, że teraz to już dostatecznie pokazał, że potrzebuje bliskości i chce być głaskany.

Wyznają też inaczej miłość. Czasem wcale jej nie wyznając, pokazując jedynie. Moja znajoma żyjąc przez kilka lat ze swoim partnerem, nie rozmawiała jeszcze nigdy o uczuciach! Pokazują je sobie na każdym kroku i to im wystarczy. Ja, mimo, że dostałam tyle razy za moje kocham Cię po głowie, gdy już je wypowiem mówię tak często, jak tylko mam na to ochotę. A że ochotę mam sporą wygląda to na nieustanne lizanie biednego kota po twarzy. A introwertyk? On Cię może kochać najbardziej na świecie, ale nie będzie miał potrzeby zakomunikowania tego. Bo pomyśli, że wiesz. Przecież jest z tobą, tak wybrał! To dla niego dostateczny komunikat. I gdzieś tam kiedyś od niechcenia w kolejce po bułki szepnie ci na ucho, że tak kocha Cię. Bo akurat tak na niego spojrzałaś albo powiedziałaś coś takiego, że w tym jednym wyjątkowym momencie chciał się z tobą tym podzielić. Delektuj się. Następne kocham usłyszysz z 5 lat. Albo wcale. Mojemu byłemu wystarczało od czasu do czasu rzucane wiesz, że Cię bardzo…Kocham nigdy nie przeszło mu przez gardło. To już było dla kota za dużo.

Myślę, że gdybym była z tak totalnym ekstrawertykiem jak ja, zamęczylibyśmy się na śmierć. Dwa labradory w kółko goniące własne ogony i szczekające bez opamiętania, skupione bardziej na sobie niż na tym drugim. Popatrz na mnie! Nieee, ty popatrz na mnie! Dlatego z ekstrawertykiem, czyli osobą tak totalnie różną mam szansę stworzyć bardziej trwałą relację, opartą w dużej mierze na wymianie i uzupełnianiu. Ale najpierw muszę zrozumieć ich instrukcje obsługi.

Przeczytaj również