Psyche

Dopóki strach nas nie rozłączy

18 stycznia 2019

Dzięki niemu nie wyginęliśmy w paszczach tygrysa szablozębnego. Potrafimy uciekać, wyczuwając zagrożenie. Albo zrobić unik przed ciosem. Dzięki niemu umiemy szybko biegać. Ściągać na klasówkach. Wydostać się z pożaru. I szukać lekarstwa na wszystkie choroby świata. Strach i instynkt samozachowawczy w dużej mierze warunkują nasze życie i dają nam bodziec do działania. I potrafią też życie rozpieprzyć. Bo lęk to emocja, która warunkuje nasz mózg najbardziej. I ciężko wrócić na właściwe tory.

Uciekamy przed tym, czego się boimy. To normalne. Ale czasem nasz umysł potrafi nam wmówić, że coś jest zagrożeniem. Zwłaszcza, jeśli doznaliśmy jakiejś traumy. Tak dzieje się, gdy chorujemy na lęk przed bliskością. Pragniemy kochać i z kimś być, ale robimy wszystko, żeby potwierdzić naszej głowie, że kolejny raz się nie udało lub źle trafiliśmy. Mechanizm ucieczkowy wytwarza się wtedy, gdy mieliśmy toksycznego rodzica, który z jednej strony bywał dla nas dobry, ale pod wpływem gniewu lub alkoholu nas odtrącał. Więc my jesteśmy czujni. Niby chcemy. Ale tak nie do końca. Niby kochamy. Ale w sytuacji, kiedy poczujemy strach, robimy w tył zwrot.

Tylko, że ta sytuacja lękowa wcale nie jest racjonalna i rzeczywista. Zagrożenia nie ma. Preparujemy je w głowie, żeby nikt nas nie skrzywdził. Uprzedzamy fakty, biorąc nogi za pas. Kiedy jest dobrze, wymyślamy, że jest źle. Albo tak bardzo się boimy, że po dobrze musi w końcu nastąpić pierdolnięcie, że zamiast rozczarowania wolimy uciec.

Lęk przed bliskością pojawia się również, gdy ktoś nas bardzo zranił. Mój psycholog mi powiedział, że sama sabotuje swoje związki. I z jednej strony wybieram mężczyzn, których ten syndrom dotyczy, czyli wiecznie się boją. Z drugiej robię tak, bo sama się boję.

Łatwiej kogoś odtrącić. I zgonić na jego niedostępność.

Łatwiej wyprzedzić ruch. Niż cierpieć. Nawet jeśli ruch miałby nigdy nie nadejść…

Byłam z osobami, które oswajały się miesiącami. A w sytuacjach zagrożenia potrafiły wrócić do punktu wyjścia. To jak syzyfowa praca, której końca nie widać. Chcesz kogoś oswoić. Dać mu pewność, że będzie dobrze. Ale tę pewność on musi znaleźć w sobie sam.
Najgorzej, gdy spotkają się dwie osoby, które się boją. Stąd już tylko krok do katastrofy, bo każdy gwałtowny ruch uruchamia ich wzajemne lęki i spiralę nieprozumień. Najpierw on się bał, że go skrzywdzę. Tak jak żona, która odeszła po 17 latach. Potem ja się bałam, że on mnie zostawi. Potem bałam się, że ona zajmie moje miejsce. A potem bałam się każdego słowa i każdego czynu w moja stronę. A im bardziej się bałam, tym większą on dostawał pewność, że nie odejdę. I tak tkwiliśmy w matni własnych lęków i przekonań, że jesteśmy na siebie skazani.

Strach powoduje również, że uciekamy przed zaangażowaniem i dorosłością. I o dziwo (tak wiem, trąci feminizmem) częściej zdarza się to mężczyznom niż kobietom. To taki lęk, który powoduje, że jak robi się zbyt poważnie, to oni robią w tył zwrot. Bo co, jeśli jeszcze się niedostatecznie wyszaleli? Co czeka za kolejnym i kolejnym zakrętem? Bo jeśli ta ma być tą ostatnią, a nie jest idealna? Problem polega na tym, że ideałów nie ma. To kolejny mechanizm ucieczkowy powoduje, że w sytuacji, gdy robi się zbyt poważnie faceci biorą nogi za pas. Boją się, że nie wytrwają. Że może gdzieś czeka na nich ktoś lepszy. Że może jeszcze nie czas. Mój były żył w ciągłym strachu, że nie jestem idealna. Wychodził z założenia, że skoro podjął tak okropnie istotną decyzję, że chce ze mną spędzić życie, to muszę być bez wad. I codziennie budził się rozczarowany.

Tylko, że ucieczka nic nie zmienia. Bo z każdą kolejną dojdziecie do tego samego punktu. Zaangażowania i przyszłości. A nie można wiecznie uciekać. Nie ma nic na zawsze. Nikt nie jest idealny. I dawani nogi, bo wydaje nam się że coś jest ostateczne jest wyrazem niedojrzałości. A nie poszukiwania lepszej wersji. Zmiany trzeba zacząć od siebie.

Piszecie do mnie, że jesteście w sytuacjach beznadziejnych. I radzicie się mnie, co zrobić. W tych opowieściach przejawia się bardzo często jeden wątek. W sytuacji trójkowej albo toksycznej relacji lęk powoduje, że mężczyźni zrzucają rozwiązanie na los. Nie potrafiąc podjąć decyzji liczą, że ślepy traf rozwiąże ich problem. Żona umrze, kochanka odejdzie, wydarzy się coś, co spowoduje, że nie będą musieli decydować.

A rozwiązać to się samo może co najwyżej sznurowadło.

Lęk bardzo często ratuje nas przed zrobieniem sobie krzywdy. Ale jeszcze częściej za jego sprawą tą krzywdę wyrządzamy nam lub naszym bliskim.

Z drugiej strony, jeśli czujemy strach to znaczy, że jeszcze cokolwiek czujemy?…

Przeczytaj również