Myśli zebrane

Za rogiem snu

27 listopada 2018

Listopad mógłby dla mnie nie istnieć. Ci, którzy wymyślili kalendarz, nie mieli pojęcia jak wygląda listopad w Polsce. I co mi po black Friday, jak wszystko jest czarne. W tle majaczą święta, magiczny czas, gdzie wszyscy powinniśmy całować się pod jemiołą i mieć czerwone swetry, tymczasem zanim kolejny raz nadejdzie dzień świstaka, a ja przykleję uśmiech nr 558 mam ochotę powiesić się na sznurze od lampek. Listopad jest szary. Pełen myśli, które nie powinny nadejść. Pełen bezmyślności. Wypełniony mną po brzegi, beze mnie samej.

Liście spadają z drzew. W radiu leci Rogucki. I ja spadam. Lecę w otchłań i nie wiem, kiedy upadnę. A upadek jest niezbędny do tego, żeby się podnieść. Trzeba się od czegoś odbić. Śpiewam niech będzie chwała bogu, a w mojej duszy spokój. Spokój. Słowo klucz, konieczne do poukładania chaotycznych myśli dnia dzisiejszego. I wszystkich wczoraj. Tymczasem powtarzam swoją modlitwę. Aniele, stróżu mój, który przy mnie nie stoisz. Nie bój się zła, które czasem boli. Aniele, który mi nie pomagasz….

Muszę sobie pomóc. Muszę pomóc całemu światu. Jak uratuje wszystkich, sama będę uratowana. Chociaż tak naprawdę chcę, żeby to wszyscy uratowali mnie. Tinder nieznośnie pika w telefonie, odliczając kolejne wirtualne fascynacje. 700 par. Czy 700 par to 700 potencjalnych miłości? Wabią ich oczy. Wielkie i puste niczym oczodoły postaci z Mangi. W których jest smutek. Nic bardziej nie oszukuje, niż prawda…

Nie chce mi się być fajną. Nie chce mi się po raz kolejny opowiadać tych samych historii. Wiem, że nie ma szansy wypełnić mnie nic i nikt. Ani największy kutas. Ani najfajniejsza opowieść. Ani najlepsze serce. Przez ostatnie tygodnie ze wszystkich szans życia na zmarnowanie sobie życia jedynie on mógł mieć swój prolog. Ale cudzy mężowie cudzych żon, to opowieść, która już była. I której nie chcę czytać. Mogłabym być dumna za bryłkę lodu w moim sercu i głos rozsądku na ramieniu, kiedy pytał, czy chcę go zabrać na noc. Nie chcesz widzieć moich nocy. Moje noce są pełne snów o wodzie. Płynę po bezkresie snów, żeby po raz kolejny wylądować na samotnej wyspie. W nocy mi zimno. I nie ogrzeje mnie twoja uwaga. Ani twoje słowa. Mój lód wypływa na wierzch. Budzę się zgrzytając zębami, chociaż w pokoju jest 30 stopni. W środku mam zorzę.

Jeszcze wszystko może być inaczej. Chociaż powrót do siebie wymaga, żebym narodziła się na nowo. A do tego potrzebna jest śmierć.

Może gdyby jego oczy spotkały się z moimi odrobinę za późno. Może gdyby jego historia przeplotła się z moją odrobinę inaczej. Może gdyby jego ręka złapała mnie we właściwym momencie. Może wtedy nie śniłoby mi się morze. Morze wspomnień. Morze historii. Morze ich słów, wypowiadanych bezwiednie. Bezszelestnie. Bez pokrycia.

Patrzę na siebie z boku. Dotykam swoich zmarszczek, które nieśmiało zarysowują się pod porami skóry. Widzę to nieznośne napięcie na twarzy. Czujność. Muszę być czujna, bo jak opuszczę gardę, moje serce eksploduje milionem szklanych kawałków. I wszystkie żyły i tętnice w mojej orbicie nie będą bezpieczne.

Jest cicho.
Słyszę, jak spadają liście.
Niech Ci się przyśnię. Niech Ci się przyśnię…
Za rogiem snu
Przycupnę tu, pogrążona w niebycie
Odkryj mnie
O świcie…

Przeczytaj również