Myśli zebrane

JA bulimiczka

18 listopada 2018

Jest ze mną odkąd pamiętam. Cicha uczestniczka moich życiowych sukcesów i porażek. Dzięki niej nigdy nie jestem samotna. Czuje jej obecność. Jej ciche szepty. Wizje, które snuje w mojej głowie. Jej dotyk, kiedy chcę być silna, choć wiem, że jestem słaba. Najwierniejsza towarzyszka. Zachłanna suka, która wyciąga po mnie ręce, żeby mieć mnie tylko dla siebie. Najlepsza przyjaciółka. ONA.

Przyszła do mnie po cichu i powiedziała, chodź. Pokażę Ci świat. I poszłam. Długą, ciemną drogą.

Mam takie poczucie, że o zaburzeniach odżywiania wśród młodych ludzi mówi się coraz mniej. Pewnie dlatego, że żyjemy w tak wyidealizowanym świecie, że bulimia czy anoreksja w niektórych kręgach są modnym elementem lajfstajlu. Że jedyne cechy, które powinniśmy mieć to uroda i bycie fit, wszystkie pozostałe spychając na plan dalszy. Że żyjemy w świecie pierdolonych skrajności, przyklejając na twarz uśmiech np. 558 i grając królów życia, którzy nigdy nie mają żadnych problemów, bo są silni, mądrzy i jak coś staje na ich drodze, to tylko dlatego, że to próba dla nich lub kolejne wyzwanie, któremu oczywiście stawią czoła. A na drugim biegunie mamy depresje, wszelkie życiowe lęki i problemy. Chcę stanąć po środku. Nie umiem udawać, że wszystko mi wychodzi. Ale bywam szczęśliwa. Bywam wesoła. I bywam smutna. Bywam ładna. I bywam brzydka. Czasem chcę być fit. A czasem wpierdalam czekoladę, popychając pizzą. I wtedy przychodzi do mnie ONA. I szepcze. Jesteś słaba. Wszyscy są chudzi, piękni i szczęśliwi.
Wtedy klękam nad kiblem i wyrzyguje swoje człowieczeństwo. Swoje emocje. Swoje szczęście i nieszczęście zatopione w jedzeniu, które płynie rurami w czarną otchłań.

Jest ze mną 21 lat. 21 lat wzlotów i porażek. Obecności. Tęsknoty. Pragnienia uwagi.

Będzie ze mną zawsze.

Z zaburzeniami odżywiania jest tak, jak z alkoholem albo narkomanią. Możesz się leczyć. Możesz nie pić, nie brać albo nie rzygać 20 lat. Ale to nie znaczy, że tak będzie zawsze. Wystarczy moment nieuwagi. Nietrzymania się w ryzach. Chwila niepamięci, co to za droga i dokąd prowadzi. I już tam jesteś. I już kroczysz w ciemność, a ONA czule wyciąga ręce.

Wygląd jest ważny. Wszak to pierwsza rzecz, na podstawie której możemy ocenić drugiego człowieka. I najbardziej myląca niestety. Ale dla wielu z nas w dzisiejszych czasach wygląd stał się jedynym sensem życia. Nie umiałabym dziś wychować córki. Nie mogłabym jej odciąć przecież internetu. I nie wiem czy umiałabym jej wytłumaczyć, że jest piękna, choć się taka nie czuje. I że wcale nie musi piękna być.

Na początku byłam z siebie dumna. Oto ja 17-letnia gówniara znalazłam świetny sposób na odchudzanie i młodzieńcze krągłości. Mogę jeść wszystko! Zobaczcie, dzieje się magia. Mogę jeść wszystko i nie dość, że nie tyję, to jeszcze chudnę. Wiedziałam, jakie są konsekwencje. Moja mama jest lekarzem, więc medycynę wyssałam wraz z jej mlekiem. Ale heloł! Kto się martwi o konsekwencje, gdy może zakładać coraz krótsze spódniczki?

Wtedy wyrzygiwałam każdy posiłek. Wszystko, co trafiało do mojego żołądka momentalnie z niego wylatywało. Wiem, ile trzeba wypić wody, żeby zwrócić najtrudniejsze pokarmy. Wiem, co trzeba zrobić, żeby nikt nie słyszał, jak to robię. Umiem zwrócić 5 daniowy obiad w 3 sekundy. I nikt nie pozna.

Wszystko, co jest nowe i fascynujące prędzej czy później przestaje takie być. Byłam zmęczona. Sobą i chorobą. I poszłam po pomoc. I jej nie dostałam. Pamiętam jak dziś, jak mówię moim rodzicom, że mam problem. I pamiętam reakcję mojego ojca, który stwierdził, że będzie trzeba mnie zamknąć w psychiatryku. I reakcję mojej matki. A raczej jej brak. A potem nie wydarzyło się nic. Pewnie zrzucili to na karb dojrzewania albo mojej emocjonalnej natury. I doszli do wniosku, że kiedyś mi przejdzie. Zaburzenia odżywiania to nie katar. Nie przechodzą z wiekiem. Nie wygasają, gdy zrzucisz upragnione 10 kilo. To cień, który będzie z Tobą już zawsze.

Dziś wiem, że to choroba braku miłości. Że choruję na niedokochanie. Że ogromny głód i tony jedzenia, które w siebie wrzuciłam przez pół życia to wołanie o czułość i bliskość.

Nauczyłam się z nią żyć. Przez jakiś czas dawała mi poczucie wyjątkowości. Wszak księżna Diana i pół szołbizu ma takie czy podobne problemy. Nauczyłam się o niej mówić. I obserwować reakcje. Moich znajomych czy partnerów. A raczej jej brak. Problem polega na tym, że dużo ludzi traktuje bulimię czy anoreksje jak fanaberię, zapominając, że obie choroby są cholernie wyniszczające dla organizmu i zbierają śmiertelne żniwo. Nie mówiąc o tym, jak bardzo obciążają psychikę i jakie zmiany w niej wprowadzają.

Był taki czas, kiedy rozpoznawałam bulimiczki po odciskach zębów na prawej ręce. Po drobnych rankach na dłoniach. Po zajadach, pokazujących wieczny brak witamin. Ciche oznaki JEJ obecności. Klan przyjaciółek bez przyjaźni. W pewnym momencie w moim studenckim mieszkaniu okazało się, że prawie wszystkie rzygamy. Chociaż nigdy o tym nie mówiłyśmy. Wiedziałyśmy. I to wystarczyło.

Nienawidzę świąt. Tego magicznego okresu, gdy wszyscy gromadzą jedzenie. Gdzie jedzenie staje się przez chwilę sensem życia i wmawiamy sobie, że kolejne 5 kawałków ciasta jest nam niezbędne do prowadzenia stołowych rozmów. To dla mnie największa próba samej siebie. Żeby nie sięgnąć po najłatwiejszy ze sposobów jaki znam. Żeby nie przytyć. Żeby znów nie zatęsknić za tą chwilą tryumfu i ulgi, kiedy pozbędziesz się wszystkiego. A potem poczuć odrazę do samej siebie. I poczucie winy, że znowu się nie udało.

Różne okresy w moim życiu i różne podejście do siebie i swojej fizyczności intensyfikowały lub łagodziły JEJ obecność. Potrafiłam tego nie robić miesiącami, a gdy było mi źle iść do sklepu i wydać majątek na jedzenie, którego za chwilę i tak się pozbędę. Wiem, kiedy zacznie mnie wołać. Kiedy zacznę czuć JEJ obecność, JEJ szepty. Wiem, że gdy gromadzi się we mnie to nieznośne napięcie, muszę pogadać z samą sobą. Albo iść pobiegać. Nie zawsze wygrywam. Ale dziś umiem jeść już normalnie. Jedzenie przestało być największą przyjemnością i nieprzyjemnością. Po prostu jem. Jem, żeby żyć. Nie żyję, żeby jeść.

Mam też inny stosunek do siebie i swojej potrzeby miłości. Umiem ze sobą pracować. I umiem się rozumieć. Co nie znaczy, że zawsze to robię. Czasem mam odruch wymiotny na słowo przepracować. Przepracuj związek, przepracuj samotność, przepracuj siebie. Bullshit. To pomaga. Ale zamiast armii szczęśliwych ludzi mam poczucie, że otaczamy się armią iluzjonistów, którzy uwierzyli w to, że szczęśliwi być muszą. A z ich oczu zionie pustka. A w ich sercu jest strach.

Wiem, że ONA nie odejdzie. Że będzie mnie obserwować, czekając na swój moment. Że będzie mnie wodzić na pokuszenie. Szeptać zaklęcia.

Chodź. Dam Ci to, czego nie masz.

No chodź, przecież wiem, że chcesz się przytulić.

Potrzebujesz mnie. Beze mnie jesteś nikim. Ze mną możesz być każdym.

No chooodź…

Przeczytaj również