Psyche

Miłość, ratunku!!!

5 października 2018

Czasem miłość bywa ratunkiem. Nas samych. Przed nami samymi. Naszym życiem. Zainteresowaniami. Przeszłością. Albo ratunkiem kogoś przez nas. Od siebie samego. Demonów, które go gonią. Uzależnień. A serce i uczucia to nie pogotowie ratunkowe. Nie uda się stworzyć zdrowego związku, nie znając siebie. Nie uda się stworzyć fajnej relacji, chcąc być dzięki komuś kimś innym.

Wkurwia mnie to, jak czasem komuś się wydaje, że mi pociśnie i napisze o mojej relacji z ojcem albo deficytach. Problem polega na tym, że każdy ma deficyty. Tylko jeden o tym nie wie, mówiąc – trudno, jestem nerwowy, zjebany, choleryk, agresor, bo jestem jaki jestem (moje ulubione zdanie z sympatia.pl). Drugi wie, ale nie umie z tym jeszcze nic zrobić. A trzeci wie i próbuje sobie ze swoimi problemami poradzić, pracując nad swoim zachowaniem samodzielnie lub z terapeutą, bo niszczy jego albo bliskie mu osoby.

Deficyty to nie zawsze brak. To czasem nadmiar. Miłości, nadopiekuńczości. Różnych elementów. Nasze dzieciństwo, to co zobaczyliśmy i przeżyliśmy definiuje całe nasze życie. Całe! Przecież przychodząc na świat jesteśmy białą kartką. To nasi rodzice nas zapisują. To tak jakbyś lepił ludzika z plasteliny. Jednego dnia możesz mu dorobić 3 rączki. A drugiego urwać główkę.

Zbyt często chciałam uratować ludzi. Wynikało to z moich niezliczonych kompleksów. Wydawało mi się, że raz – zasługuję tylko na kogoś z problemami. A poza tym ratując go będę więcej warta. Zasłużę na to uczucie.
Na miłość się nie zasługuje. Ktoś kocha cię właśnie takiego, jakim jesteś. Całego. I nie musisz się starać za pięciu, żeby sobie na to zasłużyć. Ale żeby to zrozumieć najpierw musisz kochać siebie.

Czasem wchodziłam w relacje z ludźmi, którzy wydawali mi się fascynujący. Bo sama dla siebie taka nie byłam. Chociaż mogłabym swoją osobowością obdzielić każdego z nich i jeszcze by mi zostało. Eichelberger powiedział, że zachwyca nas ktoś, bo tak naprawdę patrzymy na niezrealizowany aspekt samego siebie. W zachwycie nad drugą osobą jest sygnał pokrewieństwa, potencjalnych możliwości, które w nas drzemią.

Spotykałam się też z ludźmi, którzy dzięki mnie sami przed sobą wychodzili jak na najlepszej fotografii. Inni. Pamiętam taki odcinek z Przyjaciół jak Ross poznał Emily, zrobił sobie kolczyk i wszystkie rzeczy, których do tej pory nie robił. I na zarzuty, że do siebie nie pasują powiedział, że jest dzięki niej zupełnie inny. Fajniejszy. Bardziej pociągający. Wszystko jest bardziej. Szukanie bodźców w drugiej osobie jest dobre. Pod warunkiem, że nie uznajemy swojego życia za totalnie beznadziejne i nie liczymy na kogoś, kto je odmieni. Kto zobaczy w nas gwiazdę rocka, pisarza albo modela. Najlepiej, gdy w pierwszej kolejności widzimy to w nas sami.

Miłość nie jest ratunkiem na smutek. Na depresję. Na myśli samobójcze. Nie załatwi nam pasji. Nie przysporzy nam znajomych. Miłość nie jest sposobem na poznanie siebie. Nie zaklei nam dziury w sercu po kimś innym. Nie załatwi rozrywki na nudne piątkowe wieczory ani na leniwe soboty.

Miłość jest. Nie za coś. Nie po coś.

Po prostu jest. Zdarza się. Istnieje.

Nie twierdzę, że do wszystkich rzeczy, które wymieniłam miłość nie może się przyczynić. To cudowne, gdy ktoś daje nam energię do życia. Stymuluje do zmian. Sprawia, że stajemy się lepszą wersją siebie.

Ale nie może się wydarzać tylko przez to, że potrzebujemy ratunku. Albo chcemy ratować.

A do tego potrzebna jest odrobina świadomości i zastanowienia się z czym mamy problem. Czego nam brakuje. Czego w sobie nie mamy lub nie lubimy.

Dopiero wtedy kochając nikogo nie zranimy. A przede wszystkim nie zranimy siebie.

Przeczytaj również