Psyche

Dorastanie jest bolesne, ale lepiej późno niż wcale

18 maja 2018

Słuchajcie, nie na darmo zapytałam Was rano o to, kto wygrywa, a kto słucha o wygrywaniu. Bo chciałam dziś słów kilka o kompleksach i o tym, jak rodzice przygotowują nas do życia. Nie do płacenia rachunków, nabywania umiejętności w miarę inteligentnej rozmowy czy zmiany szczoteczki do zębów raz na 3 msc. Tylko do rozpychania się łokciami. Do poszerzania swoich kompetencji. Uczenia się nowych rzeczy. I wychodzenia z tej swojej pieprzonej strefy komfortu. Bo życie to walka.

Nie dostałam tego. Na etapie socjalizacji byłam ich oczkiem w głowie, piękną córeczką tatusia i w ogóle wspaniałym dzieckiem. Tak na marginesie – ojciec prawił mi komplementy dotyczące mojej urody, nie tego co umiem albo co robię, tak jakby dziewczynki miały lub powinny być tylko ładne. Rodzice jako osoby zgoła nadopiekuńcze wolały mi odpuścić, niż dokręcić śrubę. Tym sposobem w szkole byłam prymuską, bo wszystko przychodziło mi łatwo. Ale nic ponad to. Miałam dziesiątki zainteresowań, które odpuszczałam po kilku msc. Uczyłam się chyba z 6 języków, żeby dziś powiedzieć z bólem serca, że perfekt nie znam żadnego. Umiem zrobić dużo rzeczy, jeszcze więcej wiem, ale w żadnej dziedzinie nie jestem specjalistką. Bo nikt ode mnie nie wymagał. Odpuszczanie to też przejaw nadopiekuńczości, bynajmniej nie tumiwisizmu. Tak jak ta dziewczynka w parku, dostawałam koła ratunkowe, żeby broń boże nie stała mi się krzywda. Ale to mnie nie nauczyło pracy nad sobą. Tego, że żeby coś przyszło trzeba się postarać, trzeba się nauczyć nie bać lub wykonywać daną czynność setki razy. Albo wybić sobie zęby. Tego musiałam nauczyć się sama później.

Aż wreszcie doszłam do momentu, kiedy zaczęłam wymagać sama od siebie. Kiedy moje kompleksy z powodu tego czy tamtego wzięły górę i przestałam sobie odpuszczać. Nie chcę być zwycięzcą, nigdy nie będę, to kołczingowa bzdura. Jasne, że są ludzie, którzy potrafią zrobić wielką karierę – ale to wypadkowa iluś czynników, bardzo często chociażby tego, że pochodzili z biednych rodzin i wymaganie od siebie było jedynym sposobem na zmianę sytuacji. Ja nigdy nie musiałam tego robić. I pewnie mogłabym spocząć na laurach i do końca życia tkwić w miejscu, w którym jestem. Tylko, że moja ambicja mi nie pozwala. Jak człowiek jest młody i głupi, to wychodzi z założenia, że wszystkiego się jeszcze nauczy. Że może sobie nie odrabiać lekcji, mieć w dupie obowiązki, a w ogóle to baluj, jakby świata nie było. Podziwiam młodych, którzy potrafią wyznaczać sobie cele i je osiągnąć. Wiedzą, dokąd idą i po co. Mnie zajęło to sporo czasu. W sumie 37 lat.

I coś jeszcze, chociaż nie uważam, że to dobra cecha. Porównywanie się do innych. To porównywanie z jednej strony może Was glebować i ja sama czasem sobie myślę, kurde po co, każdy jest inny i musi znaleźć własną drogę. Z drugiej strony, jeśli robicie to umiejętnie, pomaga osiągnąć wyznaczone cele. No właśnie – cele. Nikt mnie nigdy tego nie nauczył. Tego, że w życiu trzeba stawiać sobie wyzwania i pokonywać siebie, żeby nie stać w miejscu i się rozwijać. I o ile nie mam z tym problemu zawodowo, jak pisałam zmieniam pracę co 2 lata, wciąż ucząc się nowych rzeczy i podejmując wyzwania. O tyle prywatnie mam czasem poczucie, że stoję w miejscu.

Zawsze pisałam. Odkąd skończyłam 5 lat zapisywałam sobie bzdury w notesie, wierszyki, opowiadania, historie z mojej głowy, pamiętniki, książki dla dzieci. Bawiłam się słowem. Ale gdy mnie ktoś pytał o moją pasję, mówiłam, że nie mam. No bo pasja to jednak coś wielkiego musi być. A najlepiej związanego z adrenaliną, bo cała reszta jest bezwartościowa. Spotykałam się tez z facetami, którzy twierdzili, że to co robię to bzdury. Bo oni nurkowali i zdobywali świat, a ja sobie zabijałam czas pisząc literki.

Aż nadeszła sytuacja sprzed kilku dni, kiedy pod wpływem chwilowego impulsu napisałam, czy ktoś z Was chciałby się ze mną spotkać. Nie po to, żeby połechtać swoje ego. Dostaję od Was po prostu coraz więcej maili i wiadomości dotyczących waszego życia, relacji, mężczyzn, że wpadłam na pomysł, że może po prostu spotkamy się jak paczka znajomych i pogadamy o naszym spojrzeniu na świat i o tym, co nas trapi.

Wasza reakcja wcisnęła mnie w fotel i wycisnęła kilka łez. No bo przecież nie jestem żadną blogerką. Blogerki to mają ważne, duże blogi i setki tysięcy czytelników. Ale potem na chwilę się zatrzymałam i zastanowiłam nad tym, co robię. I doszłam do wniosku, że kurde nie mam racji. Bo tak, pisanie to moja pasja od zawsze! Nie mogę sobie przy niej co prawda złamać nogi ani pobić życiowego rekordu, ale sprawia mi to frajdę, lubię to robić, mało tego – ktoś chce mnie czytać! Ba, dostałam nawet kilka maili, że co niektórzy z Was też chętnie piszą, ale do szuflady. I może nawet założyliby bloga, ale są lepsi, albo ktoś już o tym pisze.

To bzdury! Wiara w siebie i chęć rozwoju przychodzi z czasem. Żałuję, że tak późno do tego dorosłam. Jeśli macie ochotę pisać, tworzyć, robić cokolwiek, co robić lubicie, ale zastanawiacie się, czy warto to Wam podpowiem. Nie traćcie czasu na myślenie, kiedy możecie go spożytkować na działanie.

Ja już wiem, co chcę robić. Relacje, seksualność człowieka i jego skomplikowana psychika sprawiają mi milion razy większa frajdę, niż naście lat pracy w reklamie. Na jesień zaczynam studia z tym związane, żeby móc dać Wam trochę wiedzy, a nie tylko moje przemyślenia na ten temat. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła pomagać ludziom bardziej formalnie niż tylko pisząc.

Więc gońcie dzieci do nauki, nie wyręczając ich we wszystkim. Wyznaczajcie sobie cele i nie odpuszczajcie. Nieustannie się rozwijajcie, a za mnie trzymajcie kciuki!

Przeczytaj również