Myśli zebrane

Ludzie umierają

21 kwietnia 2018

Co jakiś czas światem show bizu wstrząsa spektakularna śmierć kogoś młodego, kogoś wielkiego albo utalentowanego. Za wczesna. Z głupoty. Z nadmiaru kasy. Nadmiaru wrażeń i nadmiaru wszystkiego. Wyleczyłam się z tych śmierci. Jasne zawsze jest przykro jak ktoś umiera, ale ludzie po prostu odchodzą. Tym gorzej, gdy odchodzą bo się zaćpali, zapili albo jeszcze coś innego. Używki to słabość. A ja nie lubię słabości.

Kiedyś wydawało mi się, że uratuję cały świat. Znajomych alkoholików, ludzi z trudnym dzieciństwem, ludzi z nadmiarem emocji i wrażeń. Ale nie możesz uratować kogoś wbrew niemu. Nie możesz za wszelką cenę mówić komuś, że to co robi ze swoim życiem, bo np. zapija się na śmierć albo pakuje pół wypłaty w dragi jest słabe. Bo każdy z nas dostał wolną wolę i takie samo życie i to co robi ze swoim jest tylko i wyłącznie jego winą lub zasługą.

I tak jak jest smutno, jak ktoś umiera. Ktoś kto robił fajną muzę czy coś innego fajnego, tak za tym przychodzi wkurwienie. Że zmarnował swój potencjał i szansę, której być może nie zmarnowałby ktoś inny. A tak poza tym to statystyka. Ludzie sławni po prostu umierają na świeczniku. Nie umierają lepiej ani gorzej niż zwykli zjadacze chleba. Tylko bardziej spektakularnie.

Kompensowanie sobie życiowych smutków, emocji, porażek i całej reszty alkoholem albo dragami uważam za kosmiczną słabość. A ja nie lubię słabych ludzi, pewnie dlatego, że sama jestem słaba. Nie lubię ludzi zniewolonych. Lubię jasno myśleć i mieć kontrolę nad tym co robię i co czuję. Ucieczki w jakiekolwiek używki w tym przypadku są bez sensu. Jasne, że lubię się pobawić. Ale nie muszę co drugi dzień sięgać po happy pils albo drina, żeby mnie mniej bolało albo żeby poczuć się fajniejszą.

Jakiś czas temu wspólna znajoma zapytała mnie, czy wiem, że mój przyjaciel znowu pije i dzieje się z nim coś niedobrego. Odpowiedziałam jej, że tak wiem. I tyle. Kiedyś chciałam go uratować. Martwiłam się i wysyłałam na odwyk tłumacząc, że życie jest fajne. I cieszyłam z każdego dnia, kiedy udało mu się nie sięgnąć po alkohol. Do czasu. Bo w końcu się nie udało i z długiego okresu niepicia zrobiło się po staremu.

I tak jak chciałabym, żeby mi ktoś podał pomocną dłoń w czasie depresji np., bo to coś na co nie mam wpływu, po prostu choruję i tyle. Tak przestałam się pochylać nad każdym, który ma problem. Bo do tego problemu zaprowadziła go jego własna wola i suma decyzji, które podjął. Sięgając co wieczór po kieliszek zamiast iść na spacer.

I jeśli ktoś postanowił zapić albo zaćpać się na śmierć, ratujemy go dlatego, że nie wyobrażamy sobie naszego życia bez tej osoby. Ale ona już podjęła decyzję, że chce ze swoim życiem zrobić coś innego…

Przeczytaj również