Lifestyle

Mieć czy być?

23 lutego 2018

Odkąd pamiętam, byłam nieznośnym i upartym dzieckiem. Do tego stopnia, że jako 3-latka potrafiłam postawić na swoim i cały dom chodził tak, jak im zagrałam. Ostatecznie wyrosłam na całkiem spoko człowieka, chyba. Ale za cholerę czasem nie potrafię się dogadać z moimi rodzicami. Wydaje mi się, że ktoś albo musiał mnie podmienić w szpitalu albo jestem adoptowana.

Nie wiem, kiedy to się stało. Ani dlaczego. Ani jak. Pochodzę z całkiem spoko klasy średniej, a do 10 roku życia byłam jedynym dzieckiem w rodzinie i na święta dostawałam tyle prezentów, że nie mogłam wejść do pokoju, bawiąc się każdym średnio po 5 minut. Miałam z 50 lalek Barbie a i tak najlepiej bawiłam się jakąś starą. Biorąc pod uwagę kontekst powinnam być egoistyczną suką, która lubi piękne przedmioty, prezenty i sporo kasy wydaje na rzeczy. I rzeczy. I rzeczy.

A ja owszem lubię sobie kupić buty za 5 stów, bo je ponoszę 5 lat, a nie jeden sezon, ale do posiadaczki rzeczy to mi bardzo daleko. Bliżej do posiadaczki czegokolwiek. Lubię zjeść fajne jedzenie w jeszcze fajniejszej knajpie. Ale doznania smakowe, najlepiej w miłym towarzystwie to wrażenia, czyli inna kategoria. Samochód jest dla mnie środkiem transportu i ma mnie przewieźć z punktu A do punktu B, albo zabrać w jakieś cudowne miejsce, a w wydawanie pieniędzy na przedmioty do domu to już zupełna strata kasy. No chyba, że się coś zepsuje. Moi rodzice nie potrafią tego za cholerę zrozumieć.

Nie rozumieją, dlaczego od 8 lat nie mam telewizora, więc kiedyś wpadli na pomysł, że mnie nim uszczęśliwią. A teraz stoi jako 3 lub 4 w ich domu. Nawet go nie rozpakowałam. W szafach kuchennych mam kilka zupełnie nieprzydatnych gadżetów tj elektryczny grill, wypasiona sokowirówka czy ekspress do kawy. A ja i tak wolę tę z czajnika. Dziesiątki razy próbowałam im wytłumaczyć, że to fajnie, że o mnie myślą. Że jestem ważna i chcą mi umilić życie, ale ja nie kolekcjonuje rzeczy. Kolekcjonuje przeżycia. Miłe chwile. Wspaniałych ludzi. Wspomnienia z podróży. Piękne miejsca. Zachody słońca i wschody nad ranem. Spacery w środku nocy. Ostatniego papierosa nad rzeką albo słowa wyczytane gdzieś kiedyś. To mój świat. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że ucieszy mnie książka, płyta albo bilet na koncert. A już najbardziej bilet na dowolny lot dokądkolwiek. Bo taka jestem.

A tymczasem kolejny klops i moja porażka wychowawcza. Bo za chwile w moim domu stanie wypasiony odkurzacz na parę, który sprząta, gotuje i pewnie jeszcze robi minetę. I nie chodzi nawet o spory wydatek, skoro uznali, że ich stać. I nie chodzi o to, że go nawet w tym tygodniu oglądałam w pracy i stwierdziłam, że fajnie byłoby taki mieć. Ale to nie jest mój wymarzony przedmiot. Nie jest to rzecz, która jest mi niezbędna do życia, bo podłogę myję szmatką i odkurzam zwykłym odkurzaczem.

Ja naprawdę zamiast grubej forsy na rzeczy, które ewentualnie miałby mi ułatwić życie, wolę zainwestować w inne umilacze. Nawet na wypasiony wibrator za kilka stów szkoda mi pieniędzy. Wolę wydać na zajebisty wyjazd z żywym penisem przytwierdzonym do prawdziwego ciała i głowy.
Najsmutniejsze chyba jest to, że moi rodzice w ogóle mnie nie znają. Że musimy co jakiś czas staczać ze sobą bezsensowne bitwy albo ja muszę udawać, że się cieszę. A byłoby tak miło, gdyby chociaż raz mnie posłuchali. A tak im psuję frajdę, a samą siebie w pędzam w poczucie winy, że jestem okropnym dzieckiem.

Przeczytaj również