Psyche

Dzień, w którym umarłam

13 grudnia 2017

Nie wiem, co się stało. Tak naprawdę przecież nic, oprócz tego, że sama zakończyłam coś, co mi nie pasowało. Że wzięłam na swoją klatę odpowiedzialność za całą sytuację, w której nie czuliśmy się oboje komfortowo i powiedziałam ok., ja będę ta zła. I to nie był pierwszy raz i pierwszy związek. Ale coś we mnie umarło. I boje się, że już nigdy nie wróci.

W każdej poprzedniej sytuacji, gdy nie wychodziło mówiłam ok., nie wyszło to nie wyszło – chrzanić to! Znajdowałam sobie nowe zajęcia, nowych znajomych, nowych partnerów, kochanków, nową samą siebie. Teraz nie umiem. Pewnie dlatego, że na ogół rzucałam się w wir głupot i miałam wszystko w dupie. Problem polega na tym, że ja już chyba nie chcę być ta zła. Doszłam do momentu, w którym potrzebuje stabilizacji.

A może po prostu to wszystko mi się znudziło. Romanse, zabawy, karmienie się cudzym wzrokiem. Nawet nie chce mi się umawiać na randki. Piszę sobie na tym tinderze jakieś bzdury z ludźmi, którzy mnie totalnie nie obchodzą i nie chciałabym im poświęcić nawet godziny swojego czasu.
Myślę, że tu chodzi o zawiedzione oczekiwania. O to co po raz kolejny ktoś mówił mnie i okazało się nieprawdą. I nawet jeśli ta prawda niekoniecznie była moją prawdą, kolejna porażka jest dla mojego organizmu ciężka do zniesienia.

Podobno uciekam. Podobno przychodzi taki moment w związku, w którym to ja się zaczynam odsuwać. To nic wielkiego, to drobnostki, ale dla osób wysoko wrażliwych, a z takimi się wiążę, wystarczająco wyczuwalne, że coś jest nie tak. A jeśli ktoś czuje, że coś jest nie tak, zaczyna się zachowywać inaczej. Co z kolei wpływa na moje zachowanie i mamy błędne koło, które w konsekwencji prowadzi do tego, że robi się mocno średnio. A stąd już tylko krok do rozstania.
Jeszcze nie umiem zrozumieć tego mechanizmu, na razie mam jego świadomość. Być może fakt, że zaczęłam coś dostrzegać powoduje, że wewnętrznie walczę ze sobą. To dlatego jestem tak zmęczona.

Wstaję rano. W sumie nie wstaje, wyczołguje się z łóżka. Wciągam na siebie jeden z trzech zestawów, które noszę w kółko, pozwalam swoim włosom żyć swoim życiem i wychodzę. Nie wiem nawet jaki jest dzień tygodnia. Serio. Jadę do pracy na automacie. W sumie to jedyna stała rzecz w ostatnim czasie. Przed wejściem przyklejam uśmiech nr 358, chociaż w środku chce mi się wyć. Nie mogę się doczekać, aż będę w domu. Zamknę drzwi, spuszczę rolety i schowam się przed światem. Aż wreszcie będę mogła powiedzieć – odpierdolcie się ode mnie wszyscy, chcę być sama. Wczołguje się do łóżka. Leżę. Jest mi zimno, moje emocje wysysają ze mnie resztkę energii. Leżę, śpię. Śnią mi się koszmary. Wszystkie związki i wszyscy partnerzy wymieszani w jeden wielki senny koszmar. Ich dzieci, wyjazdy, pasje, dłonie, oczy. Ich ja wtedy.

Nie ma mnie. Straciłam poczucie jaka jestem i czego chcę. Nie potrafię zaplanować dłużej, niż kilka dni. Święta są dla mnie w odległej galaktyce. Rozpaczliwie próbuje jeszcze zachować pozory normalności, chociaż z wielką chęcią pierdolnęłabym autem w drzewo. Wiem, że toczy się jakaś wewnętrzna walka w środku mnie samej. Ale nie mam pojęcia, co mi przyniesie.

Przeczytaj również