Lifestyle

Jestem psem, zaczynam się łbem, się kończę ogonem czyli zagubione znalezione

31 sierpnia 2017

Wiecie, że jak w tym kraju byście chcieli, żeby was ktoś pobił, napadł lub okradł to lepiej wieczorem? Bo tak po południu to średnio są szanse, że ktoś cię uratuje. Komisariaty bywają zamknięte. A tak w ogóle dobre uczynki to wcale a wcale nie są w cenie, no chyba, że mi dacie za ten tekst milion lajków:)

Jakiś czas temu wracałam do Poznania drogą wiodąca przez pola i lasy, beztrosko podśpiewując sobie despacito, kiedy to tuż przed auto wpierdolił nam się metrowy doberman i postanowił zrobić sobie z nami czelendż pod tytułem czy uda mu się szybciej pobiec czy mnie przejedziecie. Po czym zniknął w polu. A ponieważ ja mam dobre serce, przynajmniej dla psów, a w dzieciństwie nawet dogom i wilczurom wkładałam rączki do pyska z nadzieją na odwzajemnienie uczuć, postanowiłam psu pomóc. Bo on na pewno zgubił drogę do domu, na grzybach był albo pilnował leśne pomocnice i za cholerę nie może trafić tam, skąd przyszedł. No to po hamulcach, może jest za niego wielka nagroda i do końca życia będziemy mogli siedzieć na instagramie, zamiast pracować. Pies jednak nie zrozumiał naszego poświęcenia i przez jakieś pół godziny bawiliśmy się w berka. W końcu chyba się znudził i podszedł bliżej za pomocą miski, wody i dziewczyny przebranej w kombinezon zająca czy innego niedźwiedzia, nie pytajcie. Szach mat dobermanie! Mamy cię!

Pies był zadbany prawie jak Maffaszyn, miał obrożę wysadzaną ćwiekami i był totalnie zdezorientowany, bo niby szuka właścicieli, ale nie rozumie jednak, że chcemy go uratować. Musicie wiedzieć, że nie zabieram cudzych psów, chciałam pomóc tylko, bo mój pies czasem też się wybierał na samodzielne wycieczki bez pozwolenia rodziców na piśmie i wiem ile nerwów to kosztuje. Pakujemy więc dobermana na pakę szczęśliwi, że nie musimy go jednak zeskrobywać z jezdni, tylko co teraz? W necie jest milion informacji o tym, jak sobie przedłużyć penisa, zmienić płeć albo zarobić milion bez wychodzenia z łóżka, ale o zaginionych dobermanach jednak niewiele. Pomyślałam, że skoro policja i straż miejska są po to żeby służyć, to może tam? Ale najpierw zadzwoniłam do najbliższego schroniska po instrukcje. Pan co prawda był miły, ale zbył mnie tym, że pies znaleziony na nie ich terenie, że jego nie ma na miejscu, a w ogóle to tam mogą przyjechać psy przywiezione tylko przez policję albo straż. Acha, myślę sobie – czyli potrzebna mu przejażdżka policyjną suką i po sprawie. Zatem jedziemy na komisariat.

Podjeżdżamy pod najbliższy, przy czym musze dodać że nie jesteśmy w wielkim mieście, ale na wsi też nie. Bo to dosyć istotne. Drzwi zamknięte na cztery spusty. Na drzwiach kartka, z całą listą numerów telefonów pod które należy dzwonić, no to dzwonię i mówię co jest pięć, że pies, że zagubiony, że u mnie w aucie. Na to pan mówi, że on jest co prawda na komisariacie ale …30 km stąd, a na tym ktoś będzie po 20- tej. (a była 17). To się pytam, co z tym psem. A on, że może tak bym mu dała wody? I żebym się nim zaopiekowała. Jasne, spoko ja go mogę wziąć na kwadrat i wystawiać w psich walkach albo straszyć dzieci na dzielni (to w sumie jest myśl! Bo Janinka jakiś czas temu dostała młodszą siostrzyczkę Walerkę, która swoją histerią terroryzuje całe osiedle, to może doberman ją nauczy grzeczności), ale na pewno ktoś go szuka i średnio mam czas na czekanie pod komisariatem. Dzwonię jeszcze raz do schroniska, ale pan nie oznajmia nic nowego, oprócz tego, że chętnie służy pomocą, no ale sama rozumiem. No tak rozumiem. Nie to schronisko, nie ten pies, pana nie ma. No to jedziemy na drugi komisariat bliżej Poznania.

Zanim podjeżdżamy odbieram telefon, że tam też policjanci będą po 20 tej. Czekamy. My i doberman. Dzwonię jeszcze na pierwszy numer z kartki na tym komisariacie. Ale nikt nie odbiera. Pies uspokoił się już na tyle, że w sumie to moglibyśmy sobie z nim jechać w jasną cholerę, ale mi go szkoda. I właścicieli. Po pół h czekania oddzwania ostatni numer i pan uprzejmym głosem informuje, że komisariat jest otwarty i on w sumie to siedzi w środku. Chyba porno mu się skończyło albo wygrał partię w chińczyka i ma chwilę czasu. No to wchodzę. Razem ze mną wchodzi dostawca kebabów, bo wiadomo, że policjant nie pies, jeść musi. Podchodzę, opowiadam znowu całą historię od początku, że ja, że pies, że zgubiony, że tęskni na co pan kwituje, że ale jak to, halo jak on ma tego psa zawieźć? Czym, gdzie i dlaczego? I dlaczego nie dzwoniłam do schroniska?! Ja na to że dzwoniłam, jakieś 5 razy, ale bezskutecznie. Policjant myśli. Ja czekam, kebab czeka, pan od kebaba czeka na kasę. Co tu począć. Z totalnego patu ratuje nas telefon. Dzwoni obywatelka z bardzo ważną sprawą. Ktoś ją zablokował na fejsbuku i ona to chciała zgłosić na policję, no bo jak to możliwe. Ja facepalm, policjant pokerface. Przez 15 minut tłumaczy pani, że policja to się jednak fejsbukiem nie zajmuje i żeby pani zadzwoniła do Marka, jak to takie pilne. I że ma interwencję teraz i żeby mu fejsbukiem głowy nie zawracała, bo wszak doberman czeka. Ano czeka. Pan mówi, że dzwoni do schroniska. Że jak on zadzwoni, to na bank oprzytomnieją. Miał racje skubany. Pan ze schroniska totalna zmiana frontu, ależ oczywiście, bardzo chętnie, wikt, opierunek, duży kojec i netflix w pakiecie. Tylko mamy po niego przyjechać…wiadomo sobota, człowiek nie wielbłąd, pić musi. No to żegnamy się z policjantem i kebabem i jedziemy dalej, ahoj przygodo. Dobermanowi już chyba wszystko jedno. Pan czeka na nas na rynku z reklamówką w dłoni, lekko wczorajszy. Podjeżdżamy pod schronisko, robimy dobermanowi papa, pana odwozimy do domu.

The end.

Albo nie. Bo w międzyczasie zrobiłam psu fotki i wrzuciłam na grupę zaginionych psów w Poznaniu i tak się znalazł właściciel. Także jeśli kiedyś będziecie mieć taką sytuację, to tylko tak.

Przeczytaj również