Psyche

Głowa to organ jak każdy inny, też się czasem psuje

29 stycznia 2017

Zdałam sobie sprawę z tego, że potrzebuję pomocy. Że jestem już blisko tego dnia, kiedy wszystkie maski spadną, ludzie zobaczą, że nie jestem fajna, a ja wyląduje w psychiatryku. Że w środku składam się z miliona ostrych kawałeczków, że jeżdżę na automacie, że tak naprawdę wszystkie moje ostatnie rozmowy w zawoalowany sposób krążą wokół tego, że jestem nieszczęśliwa i nikt tego nie widzi. Przecież jestem wulkanem energii, chodzącym wzorem na samozadowolenie i uśmiech na ryju. No nie.

Ludzie zaczęli mnie mierzić. Beksiński mawiał o nich mięso. I łazi to mięso po ulicach i zabiera mi powietrze. Duszę się. Przeglądam bilety w jedna stronę, byleby tylko być samemu. Chociaż tak naprawdę jestem ciągle sama. Od siebie nie da się uciec. Trzeba nauczyć się ze sobą być.

Muszę naprawić swoją głowę, zanim znowu wpakuje się w beznadziejną historię i zniszczę resztę tego, co zostało. Wybieranie facetów zajętych albo bojących się jakiejkolwiek relacji to fetysz. Sięgam po takich, żeby na potwierdzenie mojej tezy móc na końcu końca powiedzieć, że ludzie nie są dani sobie raz na zawsze. I rozpierdolić wszystko w drobny mak. W relacjach się duszę. Kiedy opada już kurz pierwszej fascynacji, jestem permanentnie rozczarowana, że życie nie jest disnejowską bajką, a książę nie kocha mnie tak jak powinien. Biorąc pod uwagę ich defekty nic dziwnego. Trudno oczekiwać od żonatego faceta, żeby każdą wolną chwilę spędzał z tobą, a od bojącego się bliskości przytulania i czułości. Im gorzej się czuję, tym jestem bardziej zalękniona. A im się bardziej boję, tym więcej irracjonalnych rzeczy zaczynam robić. Tak, żeby na końcu ktoś mógł mnie kopnąć w dupę, stwierdzając, że jestem nienormalna. A ja mogła odetchnąć z ulgą, bo to nie ja muszę po raz kolejny podjąć decyzję o rozstaniu i przyznać sama przed sobą, że się pomyliłam. Wbrew pozorom po każdej takiej historii jestem przeczołgana emocjonalnie. Z jednej strony chciałabym wierzyć w wielkie uczucie, z drugiej kradnąc cudzych facetów i bawiąc się emocjami, sama siebie przekonuję, że to bujda. Wpadam w sidła, które z mozołem zastawiam.

Ty musisz z kimś być, żeby stwierdzić, że jesteś fajna. Sama w to nie wierzysz. Dostałam tym zdaniem od przyjaciela w ryj i cholera on ma racje. Wszyscy faceci są mi potrzebni tylko po to, żeby być przy nich kimś innym. Nie wiem kim jestem ja sama. Przybrałam już tyle masek, że dokopanie się do prawdziwej mnie zajmie dużo czasu. Z drugiej strony nie mam do roboty nic innego. Czuję jak nigdy przedtem, że to jest ten moment kiedy trzeba dać szansę sobie pomóc. Że zakopywanie problemów po raz kolejny pod dywan codziennych zajęć nie pomoże, bo pewnego dnia albo wyjdę z domu i już nie wrócę, albo stanę na balustradzie balkonu i będzie ciężko się zabić, bo to pierwsze piętro.

Najgorzej jest się przed samym sobą przyznać, że ma się problem. Że ta ciągła karuzela emocji i teatr osobliwości, który z boku wygląda na niezłą zabawę, to zabawka bez instrukcji obsługi, nad którą przestałam mieć kontrolę. Że świadomie robię sobie krzywdę, a życie jest za krótkie żeby co kilka tygodni wpierdalać sobie w mózg emocjonalne sznyty. Że nie warto. Jestem na tyle inteligentna i świadoma samej siebie, że wiem skąd to się wzięło. Co nie jest tożsame z tym, że umiem to naprawić. Ale będę próbować.

Przeczytaj również