Ona & On

Friends with benefits czyli cała prawda o pieprzeniu, przyjaźni i braku uczuć

29 lipca 2014

Zastanawiam się nad ideą friends with benefits, którą sama od pewnego czasu uskuteczniam i jawi mi się niemal jako związek idealny. Bo przecież nie możemy nikomu przed ołtarzem przysięgać, że nasza miłość będzie wieczna albo chociaż po grób. Jego bądź nasz. Ale, no właśnie – tego, że się nie zaangażujemy też przecież nikomu nie możemy obiecać.

Wyobraź sobie, że gdzieś we wszechświecie są ludzie podobni do ciebie. Tacy, którzy potrzebują seksu, gadania i bliskości, ale niekoniecznie potrzebują być komuś wpisani do dowodu z całym przekleństwem tego świata, zdradami, impotencją i debetem na koncie. I gdzieś tam w połowie drogi zdarzy wam się spotkać w kolejce po mięso albo durexy na stacji. Jeśli zaiskrzy, macie szansę dać sobie kilka orgazmów i zaprzyjaźnić się na wieki wieków. I co potem?

Jeśli facet idzie do dziwki, tuż po myje się, zakłada majtki i wychodzi. Nie woła w drzwiach, że zadzwoni. Nie opowiada jej o swoich problemach, a ona przy każdym kiepskim dniu nie ma ochoty wybrać jego numeru, żeby mu opowiedzieć, kogo by chętnie zabiła i dlaczego. Nie pisze do niego – co słychac misiaczku. Kiedy kobieta szuka w nocnym klubie przygodnego seksu, tuż po orgazmie chce zapomnieć i najchętniej wystawiłaby go za drzwi jeszcze przed myciem i fazą ubierania majtek.

Ale kiedy facet z kobietą umawiają się na seks, nigdy na seksie się nie kończy. Bo tam, gdzie kończy się seks, zaczyna się przyjaźń. Najpierw gdzieś przed zdejmowaniem a zakładaniem majtek zaczynacie rozmawiać. Bo jak już ustaliliśmy ciężko jest się zeszmacić i po dzikim seksie tak po prostu zamknąć drzwi. Potem, co gorsza, zaczynacie ze sobą spędzać czas. Telefony, wspólne posiłki, śmianie się  tych samych rzeczy. I ani się obejrzysz, oczyma wyobraźni widzisz was za 50 lat na bujanych fotelach albo urządzających wyścigi o laskach. No tak, ale przecież się umawialiście!

Friends with benefits ma wszystkie cechy związku. Bez dodawania do tego ideologii i etykietek. I może jeszcze bez oczekiwań. Bo jak oczekiwać czegokolwiek od kogokolwiek, jak przecież formalnie nie jesteście razem. To relacja dla ludzi wygodnych i egoistycznych , bo bardzo łatwo odwrócić się na pięcie i odejść, rzucając przez ramię, niczego ci nie obiecywałam. I faktycznie, niczego obiecać nie można. Tego, że któraś ze stron się nie zaangażuje też nie. Tak jak zdrada jest na ogół początkiem końca w „normalnych” związkach, tak tu miłość początkiem końca bywa. Bo jeśli druga strona nie kocha, to się do tego nie zmusi i będzie czuła się rozczarowana takim obrotem sprawy. No jak to, miał być tylko seks, a ty mi z jakimiś romansidłami wyjeżdżasz!  A ty mnie kochasz, tylko jeszcze o tym nie wiesz!

I tak sobie można trwać w pięknej iluzji przez następne kilka lat. Pytanie, czy „normalne” związki też nie są iluzją. Tylko co innego sobie obiecujemy. W tych drugich nie że kochać będziemy i że na zawsze. Tylko że się nie zakochamy…

Przeczytaj również